Dzień 2: Łobez – Mirosławiec – Trzcianka

Po przebudzeniu spoglądam za okno. Nie pada, ale jest pochmurno. Cóż… mogło być gorzej. Jem śniadanie i zbieram się do kolejnego rowerowego przejazdu podczas mojej wyprawy. Niestety dalej mam problemy z właściwym czuciem w jednej z rąk. Nic na to już nie poradzę. Mam tylko nadzieję, że problem nie będzie się pogłębiał. Wówczas musiałbym zrezygnować z rowerowej przygody.

Opuszczam Przylesie w Kołdrąbie po godz. 8 i kieruję się drogą wojewódzką nr 148 w stronę Drawska Pomorskiego. Przed wyjazdem dostaję jeszcze ostrzeżenie od właścicielki pensjonatu o lubiących często pędzić tą drogą samochodach oraz pojawiających się na niej dzikich zwierzętach. Specjalnie mnie to nie dziwi. W końcu nie jest to obszar zbyt gęsto zaludniony, a i lasów jest tu sporo.

Po opuszczeniu miejsca zakwaterowania od razu wjeżdżam w las. Faktycznie auta jeżdżą tędy dość szybko, co jakiś czas pojawiają się też ciężarówki, co na stosunkowo wąskiej drodze nie jest zbyt przyjemne. Po kilku kilometrach na trasie zaczynają pojawiać się przepiękne szpalery przydrożnych drzew. Są zdecydowanie ładniejsze niż na wczorajszym odcinku ze Świnoujścia do Łobza. Patrząc z perspektywy czasu, pod tym względem szosa między Łobzem, a Drawskiem Pomorskim jest jednym z najpiękniejszych odcinków mojej wyprawy.

droga łobez - drawsko pomorskie, widoczna przepiękna aleja drzew
Droga Łobez – Drawsko Pomorskie

To, co zmniejsza uczucie komfortu podczas jazdy, to coraz częstsze podjazdy i zjazdy. Choć nie są porównywalne z obszarami pogórskimi i górskimi, to jednak dają się odczuć. Już dawno przekroczyłem wysokość 100 m n.p.m. i cały czas przemierzam Wysoczyznę Łobeską. Cóż… jak widać jej nazwa wszystko wyjaśnia :). Pejzaż tych okolic został ukształtowany przez ostatnie zlodowacenie, zatem w krajobrazie dominują niewielkie wzniesienia – tzw. moreny, a także coraz częściej pojawiające się jeziora (nieco oddalone od drogi, którą podążam). Zbliżając się do Drawska Pomorskiego, wkraczam do kolejnej krainy geograficznej na mojej trasie – Pojezierza Drawskiego.

W lesie tego nie odczuwałem, ale gdy drzewa stopniowo ustępują miejsca odkrytym przestrzeniom, zaczyna dokuczać mi wiatr. Nie jest to wicher, ale podczas jazdy rowerem może przeszkadzać, tym bardziej, że wieje przeważnie z boku. Biorąc pod uwagę główny kierunek mojego dzisiejszego przejazdu, istnieje prawdopodobieństwo, że będzie mnie on denerwować przez większość trasy.

magazyn solny w drawsku pomorskim, obecnie muzeum regionalne
Magazyn Solny w Drawsku Pomorskim

Nieco po godzinie 9 wjeżdżam do Drawska Pomorskiego. Większość z Was kojarzy to miasto (i całkiem słusznie) z jednym z największych poligonów wojskowych w Europie, a także z Drawą, która przez nie przepływa. To idealna rzeka na spływ kajakowy, z czego ochoczo korzystają turyści przybywający tu w dużych ilościach w sezonie letnim. Jeśli chodzi o zabytki, to nie jest już tak różowo.

W Drawsku Pomorskim można odwiedzić widoczny na zdjęciu obok dawny Magazyn Solny, w którym obecnie mieści się Muzeum Regionalne. Traficie tu bez problemu. Znajduje się w centrum miasta, a jego bryła jest wykonana z tzw. muru pruskiego. Decyduję się jednak nie wchodzić do środka. Dopiero co zacząłem jazdę, a do przejechania pozostało mi sporo kilometrów. Czas zatem nagli.

Pod budynkiem orientuję się, że zawiesiła mi się aplikacja, która śledzi moją trasę. Nie pozostaje mi nic innego, jak uruchomić ją ponownie. Mam tylko nadzieję, że sytuacja nie będzie się powtarzać.

Pedałuję przez centrum Drawska Pomorskiego, jednocześnie zmieniając kierunek jazdy. Teraz podążam na wschód drogą krajową nr 20. Oznacza to jedno – wzmożony ruch samochodowy. Choć mogłoby się wydawać, że w związku z tym poprawi się jakość nawierzchni, nic takiego się nie dzieje. Nie ma co prawda gigantycznych dziur, ale co jakiś czas pojawiają się nieprzyjemne nierówności uprzykrzające jazdę. Droga w dalszym ciągu prowadzi po falistym terenie. Z tego też powodu urządzam sobie krótki postój w miejscowości Suliszewo.

Najedzony i nawodniony ruszam dalej. Do Złocieńca szosa prowadzi nieco monotonnie wśród pól. Miasta nie zwiedzam, ale jeśli się na to zdecydujecie, warto przespacerować się po Parku Żubra, w którym znajdziecie piękną aleję grabową z charakterystycznie ułożonymi koronami drzew. W centrum skręcam na południe w ulicę Mirosławiecką.

Mimo że od teraz podążam drogą powiatową, jej jakość jest lepsza od krajowej „20”. To dobra wiadomość, głównie dlatego, że odczuwam niewielki kryzys. W związku z tym decyduję się na ponowne uzupełnienie kalorii. Mam nadzieję, że to tylko przejściowe problemy i szybko ustąpią. Jest to szczególnie ważne z tego powodu, że na odcinku między Złocieńcem, a Osiekiem Drawskim osiągnę najwyższy punkt na mojej dzisiejszej trasie – 168 m n.p.m.

kościół pw. świętego antoniego padewskiego w osieku drawskim
Kościół pw. św. Antoniego Padewskiego w Osieku Drawskim

Niewielki podjazd przebiega głównie przez las. Towarzyszy mi on nieprzerwanie przez 4 kilometry. Z każdą kolejną chwilą czuję, że wracają mi siły – kryzys przezwyciężony!

W niepozornej, niewielkiej miejscowości Osiek Drawski podziwiam zabytkowy kościół z XVII w. pw. św. Antoniego Padewskiego. Posiada on charakterystyczną, szachulcową budowę. To ciekawy przerywnik i powód, aby zatrzymać się na chwilę i odpocząć.

droga przez pojezierze drawskie w okolicy żabinka
Droga w okolicy Żabinka na Pojezierzu Drawskim

Można by rzec, że czuję się jak nowo narodzony. Na dodatek spomiędzy szarych chmur zaczyna wyglądać słońce. O ileż przyjemniej będzie mi się jechało w takiej scenerii.

Ruch samochodowy zmniejsza się z każdym kilometrem, a droga staje się coraz węższa. Pomiędzy miejscowościami Żabin i Żeńsko zatrzymuję się na pozornie niczym niewyróżniającym się skrzyżowaniu.

Pozory jednak, jak to często bywa, mylą. Na rozstaju dróg znajduje się obelisk, na którym umieszczono tablicę upamiętniającą ostatnią historyczną szarżę polskich ułanów, która miała tu miejsce pod koniec II wojny światowej, 1 marca 1945 r. Gdyby nie informacja, którą znalazłem na ten temat w przewodniku „Polska Niezwykła”, pewnie w ogóle bym się tutaj nie zatrzymał. A uważam, że jest to ciekawy fakt historyczny. Tym bardziej, że ułani  w historii Polski głęboko zakorzenieni.

obelisk w żeńsku upamiętniający ostatnią szarżę kawalerii polskiej w historii
Obelisk upamiętniający ostatnią szarżę kawalerii polskiej

Za wspomnianym skrzyżowaniem zaczynają się „schody”. Nawierzchnia drogi z przyzwoitej zmienia się w fatalną. Można ją porównać chyba tylko do księżycowej. Pełno w niej dziur, a asfalt, a właściwie jego resztki, są jedynie uzupełnieniem naszpikowanego ubytkami szutrowego duktu. Nie muszę Wam chyba mówić, że średnia prędkość roweru obciążonego sakwami na tym odcinku wyprawy nie jest zbyt wygórowana. W zasadzie to nie jestem bardzo zdziwiony, a jedynie zaciskam zęby i jadę dalej. Planując trasę, wiedziałem bowiem, że właśnie na tym jej fragmencie będzie ciężko.

W pewnym momencie kończą się nawet resztki asfaltu, a szuter zmienia się w gruntową ścieżkę, nieco piaszczystą. Jadę powoli, gdyż nie chcę złapać „gumy”, o co w objuczonym rowerze nietrudno. Wjeżdżam w las, aby objechać lotnisko wojskowe w Mirosławcu. Podążam wzdłuż ogrodzenia terenu zamkniętego, bo chcę nadrabiać jak najmniej kilometrów.

pomnik poświęcony ofiarom katastrofy lotniczej casy w mirosławcu
Pomnik ofiar katastrofy samolotu CASA w Mirosławcu

Gdy docieram do szerokiej drogi, moja radość nie ma końca. Co prawda nie jest to jeszcze asfalt, ale już wiem, że się nie zgubię. Jest dobrze. Trzymam się drogi przez las, która zaprowadza mnie do miejsca pamięci – pomnika postawionego ku czci ofiar katastrofy samolotu wojskowego CASA w Mirosławcu, która miała miejsce 23 stycznia 2008 r. Zginął w niej kwiat polskiego lotnictwa – w sumie aż 20 osób.

Pomnik został umieszczony dokładnie w miejscu wypadku. Składa się z trzech części. Pierwsza z nich to głaz z umieszczoną na nim tablicą stylizowaną na lotniczą szachownicę, na której wypisano nazwiska ofiar. Druga to statecznik rozbitej CASY. Całość dopełnia drewniany krzyż.

Spędzam w tym miejscu w zadumie kilka minut. Nie żałuję, że jechałem tutaj po gorszej jakości ścieżkach. Uważam, że będąc w pobliżu, musiałem to zrobić. Należy sobie tylko życzyć, aby nie było powodu, aby stawiać kolejne takie pomniki.

Opuszczam miejsce katastrofy po szutrowo-gruntowej drodze, kierując się przez las na zachód. W końcu osiągam asfaltową, dobrej jakości szosę. Na prawo prowadzi ona do 12 Bazy Bezzałogowych Statków Powietrznych w Mirosławcu. Na lewo – do centrum miasta. Taki też azymut obieram. Jedzie mi się wygodnie, choć nie idealnie. Wiatr wciąż daje mi się we znaki. Przed samym Mirosławcem zjeżdżam z drogi na chodnik, będący jednocześnie ścieżką rowerową. Z pewnością wygodniej jechałoby mi się po asfalcie, ale jest z górki, więc traktuję to jako odpoczynek od intensywnego pedałowania, a dodatkowo – jazdę zgodnie z przepisami.

czołg oraz samolot, eksponaty umieszczone przed muzeum walk o wał pomorski w mirosławcu
Eksponaty przed Muzeum Walk o Wał Pomorski w Mirosławcu

Mirosławiec to niewielkie miasteczko, o którym „przypomniano” sobie ostatnio właśnie w związku ze wspomnianą katastrofą lotniczą z 2008 r. W miejscowości znajduje się Muzeum Walk o Wał Pomorski, które w pobliżu miasta przebiegały dość intensywnie. Placówka mieści się obecnie w lokalnym Domu Kultury. Przed budynkiem znajdują się czołg oraz samolot.

republika wyobraźni, obiekt noclegowy w mirosławcu
Republika Wyobraźni, Mirosławiec

Ulicą Parkową docieram do głównej arterii Mirosławca, będącej jednocześnie drogą krajową nr 10. Skręcam w prawo, aby przyjrzeć się przez chwilę jednemu z najbardziej charakterystycznych, a z pewnością najbardziej kolorowemu budynkowi w mieście. „Republika Wyobraźni”, bo tak się on nazywa, to obiekt noclegowo-restauracyjny. A przynajmniej takim wydaje się obecnie być, ponieważ jego strona internetowa dalej działa, ale niektóre spośród komentarzy w internecie mówią co innego i są, jakby to łagodnie powiedzieć, skrajne. Jeśli zatem jesteście zainteresowani noclegiem w tym miejscu, polecam tam najpierw zadzwonić.

Krajową „10” cofam się kilkaset metrów na wschód. Następnie skręcam w prawo, na południe, w ulicę Sprzymierzonych, będącą jednocześnie drogą wojewódzką nr 177. Po chwili spotykam tabliczki prowadzące do… rozlewni wody mineralnej… „Żywiec Zdrój”. Tak, nie przywidziało Wam się – firma ta ma swoją rozlewnię także i tutaj, a zatem to, że kupujecie w sklepie wodę tej marki, wcale nie oznacza, że pochodzi ona z Beskidów.

na drodze wojewódzkiej z mirosławca do tuczna
Droga wojewódzka Mirosławiec – Tuczno

Droga z Mirosławca w kierunku Tuczna nie jest aż tak pofalowana jak na początkowym odcinku mojej dzisiejszej trasy. To z jednej strony dobra informacja, a z drugiej… wciąż wieje. Niewiele to zatem zmienia, gdyż jedzie mi się coraz ciężej. A przecież do mety pozostało jeszcze sporo kilometrów…

Poza początkowym fragmentem drogi, który prowadzi przez las i nieco osłania od wiatru, po jego opuszczeniu znów towarzyszą mi szpalery przydrożnych drzew. Podróżuję zatem w przepięknej scenerii, okraszonej dodatkowo żółtymi polami kwitnącego rzepaku. Wszak jest już maj! To zdecydowanie pomaga mojej psychice zmierzyć się z coraz bardziej odczuwalnym wysiłkiem.

Szosa jest całkiem dobrej jakości, mimo tego, że jak na drogę wojewódzką, jest wąska. Od czasu do czasu pojawiają się przy niej mniejsze lub większe miejscowości. Przejazd tym odcinkiem, mimo pięknych pejzaży, jest zatem dość monotonny.

W planach na dzisiaj miałem zahaczenie o atrakcję nie leżącą dokładnie na mojej trasie. Decyzję o tym, że tam pojadę, podejmuję dosłownie w ostatniej chwili. Stwierdzam, że mam odpowiedni zapas czasu, aby tego dokonać. Gdybym tego nie zrobił, byłbym potem żałował, a po co mi to :). No właśnie, ale właściwie co to za atrakcja? I czy na pewno warto było zboczyć z obranej marszruty?

Mowa o… Mauzoleum rodziny Ree w Zdbowie. Zostało ono wzniesione w charakterystycznym stylu, przypominającym antyczne greckie świątynie. I choć dzisiaj stanem swojego zachowania nie przypomina wyglądu z czasów, w których zostało zbudowane, jest to kolejny interesujący punkt pośredni na trasie mojej wyprawy.

mauzoleum rodziny ree w zdbowie na pomorzu zachodnim
Mauzoleum rodziny Ree w Zdbowie

Czy warto było dla niego odbić z głównej drogi 2 kilometry w jedną stronę? Sądzę, że tak. Przyznam się jednak szczerze, że w decyzji pomogło mi głównie to, że prowadził do niego wygodny „asfaltowy dywanik”, a zachodni wiatr „pchał mnie” na wschód pod lekką górkę. Co prawda z powrotem przeszkadzał równie mocno jak pomagał w przeciwnym kierunku, ale i tak nadal uważam, że to była dobra decyzja :).

Po powrocie do głównej drogi skręcam w lewo, na południe. Niebawem docieram do centrum niewielkiego miasteczka, Tuczna. To dogodne miejsce na kilkunastominutowy odpoczynek przed ostatnim fragmentem mojej dzisiejszej trasy do Trzcianki.

Swe pierwsze kroki kieruję do zabytkowego kościoła Wniebowzięcia NMP, którego początki sięgają XVI w. Wchodzę do środka. Wnętrze jest naprawdę godne uwagi. Szczególną uwagę zwracam na przepiękne sklepienia gotyckiej świątyni. Oprócz „standardowego” sklepienia żebrowego, często spotykanego w tym okresie, występuje tu o wiele rzadsze sklepienie gwiaździste. Wygląda to bardzo okazale.

kościół wniebowzięcia najświętszej marii panny w tucznie
Kościół Wniebowzięcia NMP w Tucznie

Spod kościoła prowadzę swój rower po niewygodnej, choć pięknej, brukowanej nawierzchni. Zaprowadzi mnie ona pod zabytkowy zamek Wedlów-Tuczyńskich, w którym obecnie mieści się hotel z restauracją. Obiekt prezentuje się bardzo ładnie. Co prawda nie jest udostępniony turystom do zwiedzania, ale i tak można przespacerować się wokół zamku po okalającym go pięknym parku.

zamek w tucznie w województwie wielkopolskim
Zamek Tuczno

Tuczno to jednak nie tylko zabytki. Miejscowość jest malowniczo położona wśród lasów i jezior. W okolicy mieszczą się wypożyczalnie kajaków, pola namiotowe i wiele obiektów noclegowych. Jeśli zatem lubicie ciszę z dala od znanych ośrodków wypoczynkowych, to miejsce jest dla Was stworzone. W sezonie co prawda nie będziecie sami, ale spotkacie tu bez porównania mniejszy tłok niż na Mazurach czy nad Bałtykiem. Sam zastanawiam się, czy w najbliższej przyszłości nie wybrać się tu na dłużej. Polecam!

Tym razem jednak muszę jechać dalej. Czas nagli, a do miejsca docelowego pozostało mi ok. 30 km. Opuszczam Tuczno drogą wojewódzką nr 177, aby po kilkuset metrach skręcić w lewo, w drogę powiatową prowadzącą do Trzcianki. Od teraz będę kierował się na południowy wschód.

Jakość asfaltu uległa pogorszeniu, ale nie na tyle, abym męczył się bardziej niż do tej pory. Mam nawet wrażenie, że dostałem nowy zastrzyk energii, bo pomimo przejechania już ponad 80 km czuję się nadzwyczaj dobrze.

Początkowy fragment drogi przebiega wśród pól po płaskim terenie. W dalszym ciągu znajduję się na obszarze Pojezierza Wałeckiego. Przemierzam rzadko zaludnione tereny. Pierwszą miejscowość – Miłogoszcz – spotykam dopiero kilka kilometrów po opuszczeniu Tuczna. Panuje w niej senna atmosfera. Cisza, spokój, czyste powietrze – jakże odmienna sceneria od tej, którą widuję na co dzień w zatłoczonym Krakowie. Aż chciałoby się tu zostać na dłużej! Co jakiś czas towarzyszą mi szpalery przydrożnych drzew, będące urozmaiceniem monotonnych, płaskich krajobrazów za oknem.

Za Miłogoszczem wjeżdżam w las, aby po kilkuset metrach dotrzeć do skrzyżowania z drogą krajową nr 22. Przecinam ją pod kątem prostym, nie zmieniając kierunku jazdy. Po opuszczeniu kniei do miejscowości Mielęcin towarzyszą mi już tylko pola. Od tej pory krajobraz zmienia się diametralnie. Jest jeszcze bardziej dziko. Jadę cały czas przez las. Pierwszą wioską, którą spotykam po drodze, są dopiero Wołowe Lasy.

Niby nic specjalnego – ot, zwykła miejscowość. A jednak… jest w niej coś takiego, co do dzisiaj wywołuje uśmiech na mojej twarzy, gdy tylko przypomnę sobie o mojej wyprawie. Wołowe Lasy z każdej strony są otoczone… lasami. W okolicy nie brakuje jezior, a do najbliższych osad ludzkich jest po kilka kilometrów z każdej strony. Jednym słowem sielanka, pod warunkiem, że ma się swój własny samochód i środki do życia. Gdybym miał wskazać najbardziej oddalową od cywilizacji miejscowość na całej mojej wyprawie (pomijając Bieszczady), bez wahania wskazałbym właśnie na Wołowe Lasy. Izolacji wsi od okolicznych osad sprzyja położenie geograficzne. Jest ona położona na południowo wschodnich krańcach województwa zachodniopomorskiego. 

granica województw zachodniopomorskiego i wielkopolskiego między tucznem a trzcianką
Wjeżdżam do Wielkopolski 🙂

Do Trzcianki coraz bliżej. Zanim tam jednak dotrę, czeka mnie przejazd przez las. Niby nic nowego, a jednak – przede mną 10 kilometrów jazdy bez żadnych osiedli ludzkich po drodze, jedynie wśród drzew. Monotonię tego odcinka przerywa jedynie tabliczka oznajmiająca opuszczenie województwa zachodniopomorskiego. Od tej chwili mogę powiedzieć, że przemierzam na rowerze Wielkopolskę.

Jakość asfaltu zaczyna mnie denerwować. Nie chodzi nawet o dziury, a o… nieudolnie wykonany remont drogi, a ściślej mówiąc: sypkie kamyczki niezwiązane do końca masą bitumiczną. Przyklejają się one do kół roweru i utrudniają jazdę. Jeśli ktoś przejedzie po czymś takim samochodem, może dodatkowo uszkodzić sobie karoserię. No ładnie mnie witasz Wielkopolsko…

jezioro logo w trzciance w województwie wielkopolskim
Jezioro Logo w Trzciance

Gdy zauważam pierwsze zabudowania Trzcianki, moja radość nie ma końca. Wreszcie dotarłem do dzisiejszego miejsca docelowego. Znów znajduję się na wysokości poniżej 100 m n.p.m. Zanim się zakwateruję, zatrzymuję się jeszcze na chwilę nad jeziorem Logo (Długim) – jednym z dwóch akwenów, nad którym położone jest miasto. Na niebie nie widać już żadnej chmurki. Jest cieplusio jak na wiosnę przystało. Gdybym tylko wtedy wiedział, że wyższej temperatury przez następne dni podczas tej wyprawy już nie doświadczę…

Martwi mnie jedynie bolące gardło. Nie wiem, czy to od mocno wiejącego dzisiaj wiatru, czy od suchego powietrza, które wdychałem po drodze podczas jazdy. Jedno jest pewne – przyda mi się odpoczynek po całodziennym pedałowaniu. Nie tracę więc dłużej czasu i zmierzam czym prędzej w kierunku zajazdu Jagnar. To właśnie w nim będę dziś zakwaterowany.

mój rower w pokoju w pensjonacie w trzciance w województwie wielkopolskim
Mój rower w pokoju

Po dotarciu na miejsce okazuje się, że nikogo nie ma w środku. Wybieram zatem numer telefonu wskazany na drzwiach pensjonatu i czekam na połączenie. Odbiera pan, który po kilku minutach pojawia się przed zajazdem. Otrzymuję klucze do pokoju, płacę za nocleg i instaluję się w środku… razem z rowerem. Uzyskałem bowiem zgodę na mieszkanie razem z nim :). Nie jest ubłocony, więc nie będzie to przeszkodą.

Oprócz mnie w pensjonacie zakwaterowane jest starsze małżeństwo z Niemiec, które podróżuje… na rowerach objuczonych sakwami. Ot, taka ciekawostka. Nie jestem zatem jedynym rowerzystą, który wybrał to miejsce na dzisiejszy nocleg.

Odpoczywam przez około godzinę, biorę prysznic i udaję się na obiad. Miasta nie zwiedzam, gdyż szczerze mówiąc, nie ma w nim niczego na tyle interesującego, abym musiał to robić. Napełnienie brzucha powierzam pizzerii Mamma Mia, którą Wam serdecznie polecam. Do picia wybieram lokalne piwo Pniewskie. Spędzam na miejscu około godziny. Najedzony i nawodniony wracam do pensjonatu i aż do późnego wieczora daję odpocząć strudzonym mięśniom, aby przygotować je na jutrzejszy wysiłek.

Km: 111,1

© 2022: Paweł Łacheta | Travel Theme by: D5 Creation | Powered by: WordPress
%d bloggers like this: