Rowerem ze Świnoujścia w Bieszczady

Skąd pomysł?

Ponad 1000 km, które dzieli Świnoujście i Wołosate w Bieszczadach, można pokonać na wiele sposobów. Najprościej zrobić to rzecz jasna samochodem i zajmuje to kilkanaście godzin. Na piechotę? Hmmm… tu już sytuacja wygląda zdecydowanie odmiennie, bo z jakiego niby powodu komuś chciałoby się maszerować ponad 3 tygodnie tylko dlatego, aby iść szlakiem, którego właściwie nikt tak naprawdę nie wytyczył? No dobra… może mi na emeryturze wpadłby taki pomysł do głowy, ale póki trzyma mnie ograniczony czas urlopowy, to jednak wolę go przeznaczać na bardziej konkretne plany 🙂. Jest samochód, są własne nogi, ale przecież… jest i rower!

Pomysł pokonania na rowerze dystansu ze Świnoujścia do Wołosatego w Bieszczadach kiełkował w mojej głowie już od dzieciństwa, kiedy zacząłem pasjonować się jazdą na dwóch kółkach. Pomyślałem wówczas, że ciekawie byłoby przejechać Polskę na wskroś, znad morza w góry, a także wzdłuż granic Polski. Co prawda tej drugiej idei nie udało mi się jeszcze zrealizować, ale wszystko przede mną!

Plan postanowiłem wcielić w życie w 2019 roku. Wystarczyło „tylko” ustalić trasę przez najciekawsze miejsca naszego kraju, trzymając się w przybliżeniu przekątnej Polski, przygotować się kondycyjnie i… sprzętowo. O trasie będę Wam opowiadał po kolei, przedstawiając relację z każdego dnia przejazdu. O kondycji nie ma co mówić, bo każdy, kto porywa się na taką trasę, powinien znać swój organizm na tyle, żeby wiedzieć jakie dystanse dzienne jest w stanie pokonać i ile dni ma do dyspozycji, aby osiągnąć cel. Można to zrobić rekreacyjnie (krajoznawczo), można sportowo, a można bijąc rekordy. Ja postawiłem na formę pośrednią: krajoznawczo – sportową, gdyż średnio na dzień pokonywałem ponad 110 km po nizinach oraz ponad 80 km po górach, po drodze zwiedzając pobieżnie ciekawsze miejsca. Sporą część z nich już wcześniej odwiedziłem podczas wielu wycieczek po Polsce.

Noclegi po drodze rezerwowałem wcześniej przez internet. Ma to tę zaletę, że dzięki temu ma się większą motywację, aby dojechać do celu zaplanowanego na dany dzień. Główną wadą takiego założenia jest to, że w razie załamania pogody „nie ma zmiłuj” i trzeba pedałować przez deszcz, śnieg, przy wietrze lub… przy tym wszystkim naraz.

rowerzysta w kasku podczas deszczu, w tle widoczny rower
Odpoczynek przed deszczem – gdzieś na Podkarpaciu

Do miejsca startu najlepiej dotrzeć pociągiem. Z wielu miast Polski do Świnoujścia docierają dalekobieżne składy ze specjalnymi przedziałami do przewożenia rowerów w bezpiecznych i wygodnych warunkach. Nie ma więc sensu, aby jako środek lokomocji wybrać swój samochód. Tym bardziej, że trzeba by po niego wracać… z Bieszczad 🙂. Wracając z Wołosatego, sytuacja nie jest już tak prosta, szczególnie poza sezonem. Na pociąg nie ma co liczyć (chyba że dojedziemy do Zagórza lub Przemyśla, ale to dodatkowe kilkadziesiąt km po górach). Pozostaje zatem autobus, do którego ciężko wejść z rowerem (no chyba że akurat trafimy na taki z miejscem do transportu rowerów, a to raczej się nie zdarza). Autobusem dotrzemy do Rzeszowa lub Sanoka i stamtąd można już próbować wydostać się pociągiem do wybranego miejsca w Polsce.

Ale… dlaczego właściwie postanowiłem jechać ze Świnoujścia do Wołosatego, a nie odwrotnie? Może dlatego, że mieszkam w Krakowie i w Bieszczady mam dużo bliżej niż nad morze? Wszak zmierzając w stronę „domu” jedzie się przyjemniej i jest się bardziej zmotywowanym. A może dlatego, aby… nie iść na łatwiznę. Co by to bowiem była za sztuka zjechać z Bieszczadów nad morze 😆? Pisząc całkiem na serio, tak po prostu „wyszło mi z mapy”. Bardziej naturalnym wydawało mi się podążać z zachodu na wschód niż odwrotnie.

Co zabrać?

  • Rower – niby prosta rzecz, a jednak. W zależności od wybranej marszruty, lepszy będzie szosowy lub gravelowy. Sam wybrałem gravel, gdyż mimo przeważającej części trasy biegnącej przez drogi asfaltowe, zdarzało mi się zjeżdżać na boczne ścieżki, w celu skrócenia sobie przejazdu. Poza tym jeżdżę na rowerze po różnych nawierzchniach i zakup roweru tylko w celu pokonania tej jednej konkretnej trasy nie miałby sensu. Na pewno nie polecam roweru górskiego. Owszem, da się na nim ukończyć z sukcesem tę wyprawę, ale jest to z pewnością bardziej męczące.
  • Sakwy – koniecznie wodoodporne! Nie ma nic gorszego niż przemoknięte ubrania po całym dniu jazdy w deszczu. To może odebrać ochotę do dalszego pedałowania chyba każdemu. Dla mnie wystarczający okazał się komplet sakw na tylny bagażnik Crosso Dry (dwie sakwy o pojemności 30 l każda). Oczywiście, aby je zamontować, należy dokupić bagażnik rowerowy.
  • Mała saszetka na telefon i batoniki, przyczepiana do ramy. Pozwala na kontrolowanie trasy bez konieczności wyciągania co chwilę mapy bądź telefonu z kieszeni. Uwierzcie mi, że gdy sięgamy po batonik z sakwy, co chwilę się zatrzymując, po pewnym czasie uzbiera się kilkadziesiąt minut, które można wykorzystać po prostu na odpoczynek (choć oczywiście nic nie wyklucza jednoczesnego odpoczynku i uzupełnienia kalorii).
  • Okulary polaryzacyjne – na jednorazową wycieczkę za miasto nie są niezbędne, ale na kilku-, kilkunastodniową wyprawę już tak. Osłaniają od wiatru, słońca i przede wszystkim od owadów, których z pewnością nie zabraknie na trasie.
  • Kask rowerowy – może uratować zdrowie i życie. Nie warto na nim oszczędzać i kupować pierwszego lepszego z marketu. Warto dołożyć parę groszy i zakupić go w sklepie rowerowym po konsultacji z doradcą, który dobierze odpowiedni rozmiar do kształtu głowy.
  • Rękawiczki kolarskie (wystarczą krótkie) – uwierzcie mi, że po kilku godzinach jazdy, docenicie ich wartość. Zwracajcie także uwagę na ułożenie dłoni na kierownicy. Pierwszego dnia popełniłem błąd i opierałem się przez pewien czas na nadgarstkach, usiłując dać odpocząć mięśniom ramion. Odbiło się to właśnie na nadgarstkach, które w następnych dniach były ścierpnięte, a po powrocie do domu pełne czucie w dłoniach powracało mi jeszcze przez następnych kilka tygodni.
  • Spodnie – najlepiej niezbyt luźne, aby nie zaplątały się w łańcuch
  • Ubranie wierzchnie – w zależności od pory roku: w lecie wystarczy kilka podkoszulków, cieplejsza bluza i lekka kurtka. W zimie kurtka powinna być już cieplejsza, nie powinno również zabraknąć czapki i długich, zimowych rękawiczek.
  • Osłona od wiatru (typu BUFF lub lekkiej kominiarki). Ostatnie, czego chcemy podczas wyprawy, to złapać przeziębienie lub inną chorobę.
  • Peleryna przeciwdeszczowa (jeśli mamy wodoodporną kurtkę, to taka nam wystarczy. Należy jednak pamiętać o tym, że w przypadku porywistego wiatru, taka peleryna i kurtka pomogą jedynie na ochronę górnej części ciała, a krople wody będą nam spływać do butów.
  • Buty – nie przemakające / szybkoschnące. Najlepiej będzie jednak zaopatrzyć się w specjalną osłonę przeciwdeszczową, która zabezpiecza zarówno buty jak i spodnie przed przemoknięciem. Można je kupić choćby w Decathlonie.
  • Spodnie kolarskie z wkładką piankową – w cieplejsze dni można jechać tylko w nich. Podczas mojej wyprawy jednak takich nie było. Mimo tego sprawdziły się jako dobra „podkładka” pod pupę. Po kilkudziesięciu km siedzenia na siodełku (choćby nie wiem jak bardzo było wygodne) docenicie ich wartość.
  • Zapięcie rowerowe – po drodze trzeba robić zakupy i zostawiać rower na noc u gospodarzy. Jeśli jedziecie sami, tym bardziej istotne jest posiadanie dobrego zabezpieczenia antykradzieżowego. Najlepiej sprawdzi się zapięcie typu U-LOCK. Podobnie jak w kask, polecam w nie zainwestować. Polecam zapięcie firmy Abus – specjalistów w zakresie wysokiej ochrony przed kradzieżą. Pamiętajcie jednak, żeby przede wszystkim rower prawidłowo przypiąć do solidnej, metalowej części. Bez tego przed kradzieżą nie uchroni nas nawet najlepsze zabezpieczenie.
  • Jedzenie i picie – pamiętajcie, aby nie czekać na to, aż zgłodniejecie i będziecie spragnieni, bo wtedy może być już za późno i dotknie Was poważny kryzys na trasie. Uzupełniajcie zapasy wody i kalorii w miarę często. Mnie wystarczyło kilka łyków wody co kilkanaście minut – pół godziny (w zależności od pogody) i mały batonik energetyczny co ok. 10 km. Jest to jednak kwestia indywidualna i powinniście sami „wyczuć” Wasz organizm.
  • Podstawowy zestaw kluczy rowerowych + śrubokręt – wystarczy, że „puści śrubka w bagażniku” i jesteśmy uziemieni bez kluczy
  • Oświetlenie przednie i tylne – należy mieć je zawsze i wszędzie.
  • Bidon – tu wyjaśniać niczego nie trzeba 🙂
  • Błotniki – podczas pluchy nieocenione
  • Zestaw naprawczy do łańcucha – może się przydać w najmniej oczekiwanym momencie
  • Pompka rowerowa – wszak ciężko jechać na „flaku”
  • Zapasowa opona
  • Łyżka do opon
  • Oliwa do łańcucha – aby zachować dłuższą żywotność naszego łańcucha, smarujmy go co ok. 200 – 300 km w zależności od warunków pogodowych.
  • Licznik rowerowy / aplikacja typu Strava do prowadzenia statystyk
  • Zestaw niezbędnych lekarstw (kwestia indywidualna)
  • Przybory toaletowe
  • Plastry (w tym na odciski + zasypka na obtarcia typu Alantan
  • Krem przeciwsłoneczny z filtrem UV (najlepiej SPF 50)
  • Maść na bóle mięśniowo-stawowe typu Voltaren Max
  • Ulotki informacyjne / przewodniki po ciekawych miejscach na trasie
  • Namiot, śpiwór, karimata (jeśli zamierzamy spać „pod chmurką”)
  • Telefon + powerbank + kable

Mam nadzieję, że nie pominąłem niczego. Gdybyście mieli jakieś pytania, śmiało je zadawajcie!

Powodzenia! A tymczasem zapraszam do relacji z wyprawy na jej poszczególnych stronach. Jej początek znajdziecie we wpisie… „W drodze do Świnoujścia„.

© 2022: Paweł Łacheta | Travel Theme by: D5 Creation | Powered by: WordPress
%d bloggers like this: