Dzień 15-17: Cisna – Wołosate

Dzień 15

Wstaję sobie po 5 i podziwiam wschód słońca nad Bieszczadami. 🙂 Wychodzę z Bacówki przed 7, pierwszy raz bez założonego polara, bo jest aż tak ciepło. Nawet sobie nie wyobrażam, co będzie dzisiaj na połoninie, a co dopiero jutro. Bo pojutrze przed powrotem to i motywacja będzie sięgała szczytów (i dosłownie i w przenośni. 🙂

Idę sobie przez las i nasłuchuję, czy nigdzie w okolicy nie słychać misiów, bo czytałem, że w tej okolicy lubią się przechadzać. 😉 Idę dość szybko, bo dzisiaj znowu zapowiadają popołudniowe burze i upały. Po dojściu na Jasło kieruję się do granicy polsko – słowackiej, którą ostatni raz widziałem na Babiej Górze. Idę nią jednak tylko 5 minut, bo dalej szlak znowu odbija od granicy i zmierza w kierunku Smerka. Na tym odcinku spotykam już sporo turystów. Nie tylu co prawda, co na połoninie, ale zawsze coś… Czuć, że to już prawdziwe, połoninne Bieszczady, tym bardziej, że na zejściu z Fereczatej rozpościerają się widoki na Smerek i obie połoniny.

Po dojściu do Smerka robię zakupy (chyba ostatnie tak spore) i idę w kierunku Kalnicy. Po drodze zbaczam z trasy, jem obiad nad Wetlinką oraz uzupełniam zapasy wody. Następnie idę do Kalnicy, która co prawda nie leży na GSB, ale jest tam schronisko młodzieżowe, w którym mam zamiar się zatrzymać. Po dojściu okazuje się, że jest czynne dopiero od 17, a jest po 14, więc postanawiam poopalać się na trawce przed schroniskiem i odpocząć. Nie ma dzisiaj co prawda za bardzo po czym, bo dzisiejszy etap nie miał nawet 20 km, ale regeneracja po poprzednich dniach nie zaszkodzi, szczególnie nogom. Po 17 instaluję się w schronisku i czas mija do 21, kiedy kładę się spać.

Dzień 16

Tradycyjnie pobudka wypada ok. 5.20. Pozytywny nastrój burzy nieco informacja o odpadnięciu Wisły Kraków z eliminacji LM z Apoelem Nikozja (i po co ja brałem to radio ;-)), ale nie na długo. Ze schroniska wychodzę ok. 6.30.

Idę najpierw drogą w kierunku Smerka, a dopiero potem wchodzę z powrotem na szlak czerwony na Smerek. Podejście… cóż… tak jak przypuszczałem jest mordercze, a do tego…heh… grzmi o godz. 7.30. No nie wierzę. O tej godzinie burza nie jest zbyt częstym zjawiskiem, tym bardziej taka, która nie jest związana z frontem. Zastanawiam się przez chwilę, czy nie zawrócić, ale decyduję się wyjść na połoninę i stamtąd ocenić sytuację na niebie. Po wyjściu na nią oceniam, że obchodzi bokiem i dalej podchodzę na Smerek. Burza, tak jak przypuszczałem, przeszła bokiem i zmierza w kierunku Ukrainy. Po wyjściu na Smerek idę dalej na Połoninę Wetlińską. Jeszcze trochę grzmi, ale pomruki burzy są coraz słabsze. Dochodzę do Chatki Puchatka już otulony ręcznikiem wokół głowy, bo grzeje dzisiaj niemiłosiernie, więc trzeba się zabezpieczyć. Nie mam ochoty w swoim przedostatnim dniu wyprawy GSB zejść z powodu udaru słonecznego. Tam chwilę kontempluję widoki, jem żurek i wio! Dalej w dół do Berehów Górnych.

Zmierzam w kierunku Połoniny Caryńskiej – chmur jest coraz mniej – chyba jednak burzy dziś nie będzie (chyba, że wieczorem). Pokropiło trochę na podejściu do Chatki Puchatka, ale teraz na to się nie zanosi. Na Caryńskiej tłum ludzi mniejszy niż na Wetlińskiej, ale to zapewne dlatego, że nie ma tutaj schroniska. Schodzę „spalony” słońcem do Ustrzyk Górnych i robię po drodze drobne, ostatnie zakupy, a następnie zmierzam w stronę Kremenarosa, gdzie znajduję nocleg.

Tutaj, po odpoczynku i posiłku, zaczynam się pakować na jutrzejszy powrót do domu. 🙁 Oby tylko pogoda dopisała. W końcu to ostatni dzień GSB i runda honorowa wokół Bieszczad :-). Niespodziewanie w Kremenarosie spotykam znajomych z początkowych dni GSB ze Szczecina – skończyli wyprawę dzisiaj – dzień wcześniej niż ja. To co piękne szybko się kończy… aha… dziś mnie nic nie bolało. 😛 Chyba rozgrzewka dla mięśni w postaci podejścia na Smerek była wystarczająca. 😉

Dzień 17

Ostatnia pobudka mojej wyprawy jest zarazem najwcześniejszą. Chcę wrócić przed największym skwarem i odpocząć przy barze w Wołosatem, więc o godz. 5.00 już jestem na nogach (normalnie to dla mnie środek nocy, a w zimie gdy czasami przychodzi mi do głowy wstawać tak wcześnie, to większej katorgi chyba nie ma. 😉 Po śniadaniu i pożegnaniu się ze znajomymi ze Szczecina wychodzę ze schroniska o 6. Poranna mgła w Ustrzykach Górnych po raz kolejny przypomina mi, że jesień za pasem.

Po uzupełnieniu wody w potoku wychodzę na szlak i jestem chyba pierwszym turystą dzisiejszego dnia. Jeszcze przed Szerokim Wierchem dochodzi do mnie jednak turysta z Poznania – jak się okazuje nie tylko ja uciekam przed skwarem. Poranek jak zwykle pięknie wygląda, szczególnie w postaci promieni słonecznych padających pod niewielkim kątem na połoniny… mhmmm… raj dla fotografów. Chłonę góry całym sobą, bo już za parę godzin mnie tu nie będzie… Dzisiaj nie wchodzę na Tarnicę, tylko od razu kieruję się w stronę Halicza. Jest to dla mnie jeden z najpiękniejszych szczytów Bieszczadów, piękniejszy nawet od Tarnicy. Widoki z tej góry jak zwykle urzekają. Znowu marzy mi się Ukraina, która jest tak blisko, a zarazem tak daleko… Z Rozsypańca podziwiam ostatnie widoki i schodzę na Przełęcz Bukowską.

No i zaczyna się… Nie chcę być źle zrozumiany, ale… Powiedzmy sobie szczerze: odcinek od Wołosatego na Przełęcz Bukowską jest dosyć monotonny. Przez ok. 2,5 godziny nie dzieje się wiele. Trasę może nam chyba tylko uatrakcyjnić spotkanie ze strażą graniczną, która może wylegitymować. Ale na litość boską! Odpowiadanie każdemu idącemu z przeciwka co chwilę na pytanie „Daleko jeszcze na przełęcz?” może być irytujące. I tu nie chodzi o to, że chodzę po górach dużo i jestem przyzwyczajony i mam siebie za nie wiadomo kogo. Chodzi o to, że CZŁOWIEKU! – jak już idziesz w góry to idź i sprawdź chociaż czasy przejścia. One naprawdę po coś są, choć należy je traktować orientacyjnie. Nie pytaj się po 30 minutach od wyjścia z Wołosatego ile jeszcze na Tarnicę! To nie kolejka na Kasprowy, która nas szybko wywozi na szczyt. A potem dziwić się, że ktoś w Tatrach nie wyrobił się czasowo i o 23 w całkowitych ciemnościach dzwoni po TOPR, żeby go ściągać. Co prawda to Bieszczady, a nie Tatry, ale góry to zawsze góry. Kończę tą dygresję, dochodząc do Wołosatego.

Uczucie, które towarzyszy mi w momencie ujrzenia tabliczki z napisem „Wołosate” jest nie do opisania. 🙂 To trzeba po prostu przeżyć. Po dojściu do punktu kasowego BdPN wpisuję się do Księgi Pamiątkowej Głównego Szlaku Beskidzkiego. Do czerwonej kropki GSB zostało już tylko 10 minut… I jeeeeeeeeeeest! Po 17 dniach walki z sobą i z pogodą udało się! Po takim dystansie marzę o… zimnym piwie w barze w Wołosatem. Biorąc jednak pod uwagę długą, ponad sześciogodzinną podróż autobusem, postanawiam z tym poczekać do wieczora. Do czasu odjazdu autobusu jeszcze trochę zostało, więc ściągam ciężkie buty i zakładam klapki. Autobus przyjeżdża… kończy się przygoda. Żal wyjeżdżać, ale trzeba. Cieszę się, że mimo wahania zdecydowałem się jechać. Gdybym tego nie zrobił, nie darowałbym sobie tego. Co następnego? Czas pokaże. 🙂

© 2021: Paweł Łacheta | Travel Theme by: D5 Creation | Powered by: WordPress
%d bloggers like this: