Dni 8-10: Niemcowa – Bartne

Dzień 8

Nocna burza, budząc mnie, wywołała lekki niepokój i wzbudziła wątpliwości odnośnie dzisiejszej pogody. Budząc się ok. 6 i słysząc podmuchy wiatru, a chwilę potem wychodząc na zewnątrz, nie miałem już wątpliwości: deszcz, wiatr, deszcz… i w koło Macieju. Masakryczna pogoda, najgorsza z możliwych. Powiadają, że kto rano wstaje, temu pan Bóg daje, ale to się chyba nie tyczy dnia dzisiejszego, bo gdybym wstał o 9, to już by mnie nie zmoczyło.

Wychodzę przed 7. Idę do Rytra i po kilku minutach już mam pełno wody w butach, tzw. gąbkę. Może i rym sympatyczny, ale wtedy na pewno mi sympatycznie nie było. Mylę zaraz za Niemcową szlak, ale dzięki temu mijam kilka metrów ode mnie sarnę, która nie ucieka. Po dojściu do szlaku już jestem bardziej spokojny – chociaż tyle, że moknę już na szlaku. Za Kordowcem zaczyna dodatkowo wiać, (ach, te lokalne wiatry ryterskie…) co powoduje, że mokną mi spodnie i jestem bliski podjęcia decyzji o wycofaniu się z Głównego Szlaku Beskidzkiego (trzeci kryzys). Przypomina mi się ostatni powrót tą trasą – też wiało jak cholera. Widać nie na darmo postawili ten wiatrak na wzgórzu nad Rytrem… zapewne bardzo się przydaje. Stwierdzam, że przecież dopuszczałem przed wyjazdem możliwość deszczu i przemoknięcia butów, bo jest niemożliwym, żeby przez 17 dni w ogóle nie padało, więc decyduję się iść dzielnie dalej. Na szczęście w Rytrze przestaje padać jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Suszę się najpierw na przystanku, a potem robię zakupy w znanym mi markecie i idę dalej na Halę Łabowską.

Podejście jest ostre, ale dzisiaj nie ma upału, więc tak się tego nie odczuwa. W okolicach Cyrli spotykam nie Garfielda, który mieszka w pobliskim schronisku, ale salamandrę plamistą, co daje mi do myślenia, że podczas dżdżystej pogody dzikie zwierzęta łatwiej spotkać. Wszystko ma swoje plusy i minusy. Woda w butach jednak ciągle mi doskwiera, więc gdy dochodzę do Hali Łabowskiej, postanawiam tu przenocować, a także zjeść obiad. Jest dosyć wcześnie, bo tuż po godzinie 14. Jak dotychczas to me najlepsze miejsce noclegowe, bo nie dość, że dostałem najtańszy pokój za 20 zł, to na dodatek nie grupowy, tylko dwójkę. 🙂 Pani w schronisku bardzo młoda i sympatyczna. Nawet nie prosząc o legitymację, dała mi zniżkę. Chyba więc już jestem taki zarośnięty, że wyglądam na PTTK -owca. 🙂 Robię pranie, suszenie i porządki po pierwszych 8 dniach GSB. Ale ten czas szybko leci… Czytam gazetę, jem kolację, słucham radia i idę spać po ciekawym dniu, który zapowiadał się fatalnie.

Dzień 9

Wstaję wypoczęty po najbardziej komfortowym noclegu spośród wszystkich i wychodzę ok. 6.50 w kierunku Jaworzyny Krynickiej. Uwielbiam to poranne światło padające na las, co uwieczniam oczywiście na fotografii. Poranny chłód, ach… coś pięknego. Dlatego właśnie kocham wychodzić wcześnie rano, nawet kosztem dodatkowych minut snu.

Na szczycie Jaworzyny pustki, ale nie ma się co dziwić – jest dopiero godzina 9, więc większość kuracjuszy albo śpi, albo spaceruje po deptaku. Schodzę następnie do Czarnego Potoku – oznakowanie szlaku wzdłuż trasy narciarskiej to jakieś nieporozumienie – ciężko się połapać. A w ogóle jest jakiś wyścig rowerowy i biegowy na Jaworzynę, bo strasznie dużo osób tam ciągnie. Tutaj właśnie mija połowa mojej trasy Głównym Szlakiem Beskidzkim. Granica psychologiczna przekroczona! Teraz z każdym dniem będzie coraz mniej km do przebycia. 🙂 Spotykam także turystę z okolic Żywca i idę dalej. Pogoda dopisuje, a buty już tradycyjnie na mnie wysychają, bo świeci słoneczko.

Dochodzę do Krynicy ok. 11.30 i idę deptakiem oraz na zakupy. Następnie chwilę odpoczywam, a niektórzy ludzie patrzą się na mnie jak na kosmitę – nie wiem co we mnie jest takiego dziwnego poza ubłoconymi spodniami i dużym plecakiem. Przecież Krynica to w końcu góry, a nie tylko uzdrowisko. Idę po drodze do Gospody na Leśnej – tam spożywam ciekawie podany żurek w dzbanku z chleba. Następnie na Huzary, które okazują się być granicą cywilizacji. Cóż… w końcu za nimi zaczyna się już Beskid Niski i przez jakiś czas ciężko będzie z zaopatrzeniem.

Polami dochodzę do Mochnaczki, a tam… oczywiście czekają na mnie niespodzianki w postaci ogrodzenia z drutu dla krów na samiuśkim szlaku, a potem potoku do przekroczenia po wątpliwej jakości balach drewna. Przygodo witaj! 🙂 Z Mochnaczki przez pola i zagajniki idę do Banicy w okropnym upale, przez który muszę non stop uzupełniać zapasy wody. Inaczej bym chyba padł. Dochodzę w końcu do schroniska w Banicy, ale okazuje się, że go już tutaj nie ma. Miła pani przyjmuje mnie jednak i kasuje tylko 10 zł. Szok! Mam do tego natrysk, ciepłą wodę i kuchnię! Jak za taką cenę, to warunki lepiej niż super! Odpoczywam chwilę i powoli kładę się spać. Aha – mam prąd! Bez przerwy – nie tak jak na Hali Łabowskiej, jupi! 🙂 Cieszę się jak małe dziecko, chociaż nie mam zasięgu w telefonie. 🙂

Dzień 10

Dzień zaczyna się słonecznie. Nie zapowiadają burz, ale ma być niestety gorąco, więc nie cieszę się znowu tak bardzo, bo dzisiejsza trasa wiedzie też odkrytym terenem, szczególnie podejście na Popowe Wierchy ze Zdyni. Po porannym śniadaniu wychodzę przed 7 i idę przez pola w kierunku Izb. Aż nie chce się opuszczać tego sympatycznego i miłego miejsca, jakim jest Banica. Z chęcią bym tutaj jeszcze kiedyś przyjechał, bo za takie pieniądze w takim miejscu, to prawie jak za darmo.

Początek trasy jest FATALNIE oznakowany, a właściwie oznakowanie nie istnieje, więc idę na azymut. Dodatkowo poranna rosa powoduje, że moje buty znowu są mokre, co czuję w skarpetkach. Na szczęście nie „pływam”, tylko mam mokro. Dochodzę do Izb i od tej pory sobie radzę (po przejściu rzeki Białej), bo oznakowanie jest już zdecydowanie lepsze, szczególnie jak na Beskid Niski.

W Ropkach stwierdzam ze smutkiem, że to miejsce coraz mniej przypomina to sprzed dwóch lat, że o wcześniejszych latach nie wspomnę. Coraz więcej tu domów, willi, pojawił się nawet znak informujący o wjeździe do miejscowości. Smutny to, ale chyba już nieunikniony znak czasu. W Hańczowej idę do sklepu i kupuję chleb i jogurt, bo maślanki niestety nie było. Szlak na Kozie Żebro prowadzi trochę przez chaszcze, ale jest znośny. Krzaki nie pomagają, ale w sumie podejście na szczyt nie jest takie tragiczne, jak można by się spodziewać. Schodzę do Regetowa (zejście bardzo strome, wspominam jak tędy wchodziłem rok temu i zdychałem), mijam bazę namiotową SKPB Warszawa i idę na Rotundę. Następnie schodzę do Zdyni, gdzie już mocno praży słońce. Podejście na Rotundę po Kozim Żebrze jakoś nie robi wrażenia, a zejście jest o niebo lepsze i łagodniejsze.

Wyprawa na Popowe Wierchy jest masakryczna – grzeje niemiłosiernie, krzaki, komary, meszki – koszmar. Ale daję rady – nie ma wyjścia. :-). Nie z takich opresji się wychodziło. Za Popowymi Wierchami zrobili drogę bitą, a rowy odwadniające takie głębokie że hoho. Gdyby takie rowy były w każdej polskiej wsi, to żadna ulewa nie byłaby straszna. Z Krzywej znowu idę przez krzaki, ale na szczęście nie trzeba przechodzić w bród przez potok Zawoja, bo wybudowano przez ostatnie lata mostki na rzeczce. Są jednak miejsca gdzie przechodzi się po kamieniach i po deszczach może być ciekawie. Swoją drogą to przechodzenie przez potoczek miało swój urok. :-). Zejście do Wołowca monotonne i męczące, bo po drodze bitej. Asfalt przez Wołowiec przelewa powoli czarę goryczy i nogi proszą się o zakończenie eksploatacji na dzień dzisiejszy.

W końcu dochodzę do Bartnego, do znajdującej się tam Bacówki i zamawiam 2 dania. Coraz bardziej zapach mego ciała działa na mnie odrażająco. Na szczęście po prysznicu przez noc do rana będę świeży.

Aby przejść do dalszej części relacji, kliknij tutaj.

© 2021: Paweł Łacheta | Travel Theme by: D5 Creation | Powered by: WordPress
%d bloggers like this: