Dni 4-7: Głuchaczki – Niemcowa

Dzień 4

Noc w namiocie bazowym była bardzo chłodna, no ale nie ma się co dziwić, bo niebo było bezchmurne. Po śniadaniu przed bazą wyruszamy o 7. Idziemy razem w stronę Babiej Góry. Pogoda jest nienajgorsza. Droga do Markowych Szczawin mija przyjemnie, bez zbytnich trudności. W schronisku, a właściwie hotelu, spożywam kolejny obiad i wio na szczyt!

Babia – jak to Babia, trochę męcząca, ale już szósty raz na nią wchodzę, więc idzie się przyzwyczaić. Na szczęście jak zwykle wieje. Nie jest to jednak najsilniejszy wiatr, z jakim przyszło mi się zmierzyć na Królowej Beskidów. Na szczycie spędzamy kilkanaście minut i dalej w drogę. Tutaj się rozdzielamy, bo schodzenie z Babiej do najprzyjemniejszych nie należy, szczególnie za Sokolicą. Poza tym oszczędzam kolana, bo jeszcze trochę dni do końca zostało i chcę je przejść bez bólu.

Na zejściu zaczyna się chmurzyć i kropić – wyciągam pelerynę, ale okazuje się, że niepotrzebnie, bo zaraz przestaje. Na Krowiarkach spotykam moich znajomych, którzy właśnie kończą przerwę i idą dalej. Ja chwilę odpoczywam, bo zejście zmęczyło mnie prawie jak podejście. Na trasie w kierunku Hali Śmietanowej jeszcze trochę kropi, ale niewiele. Idzie się przyjemnie, nie za stromo, jednostajnie pod górę. Potem wychodzi znowu słońce i pięknie widać Tatry z Policy oraz ze schroniska na Hali Krupowej, do której dochodzę po 18. Moi znajomi już są w jadalni po kolacji, ale wciąż czekają na przydział pokoju, bo dziś piątek i zaczyna się dłuuugi weekend. Jest ponoć jakaś grupa z rezerwacją i okazuje się, że to dzieci… Nie wiemy, czy dostaniemy pokój czy glebę, ale na szczęście w końcu mamy pokój 10 – osobowy i możemy się spokojnie w nim zainstalować. Potem dowiadujemy się, że do pokoju dojdzie jeszcze kilka osób… po północy. hmmm…

Stan ciała i ducha ogólnie dobry, schudnąć nie było z czego i jeszcze stoję :D. Odcisków brak, za to są obtarcia obojczyka, bioder i palców stóp prawej nogi. Jestem w stanie spokojnie iść.

Dzień 5

Dzień zaczyna się już tradycyjnie od pobudki o 6. Po śniadaniu wyruszamy na drugi najdłuższy etap podczas wyprawy, ale łatwiejszy pod względem technicznym od dnia drugiego, jeżeli tak to można określić. Tak by się przynajmniej wydawało…

Zejście w dół do Bystrej nie nastręcza wielu problemów. Cały czas poruszamy się monotonnie w dół. W Bystrej robimy zakupy i jednocześnie jeden ze znajomych ze Szczecina musi wracać do domu ze względu na ból biodra i kolana. Nie ma co ryzykować poważniejszej kontuzji. Tak naprawdę to mógł być każdy z nas. Potem, jako że szlak przebiega przez most na Skawie, który podczas ubiegłorocznej powodzi został zerwany, idziemy wzdłuż torów, potem przez most kolejowy i przez pola do Jordanowa.

Tam zaczyna się chmurzyć i pierwszy raz od początku naszej wyprawy przechodzi burza z bardzo intensywnym deszczem. O tym jak bardzo intensywny był to deszcz świadczy to, że nasze nogi dosłownie pływają w butach. Momentami grzmiało i błyskało jednocześnie, więc burza była nad nami. Chociaż tyle, że dorwała nas w Jordanowie, a nie wysoko w górach. W ogóle muszę stwierdzić, że w górach uaktywniają się u mnie objawy brontofobii (tak, tak, nie wiedziałem jak się coś takiego nazywa – dopiero po sprawdzeniu w słowniku się dowiedziałem), czyli lęku przed burzami. Co prawda strach przed tym zjawiskiem w górach nie jest niczym nienormalnym, ale u mnie chyba jest z tym lekka przesada. Cóż… każdy ma jakieś fobie… Wracając do tematu… postanawiamy się osuszyć na przystanku autobusowym, wyciskamy wodę ze skarpetek i dalej w drogę. Po asfalcie z mokrymi butami nie idzie się zbyt komfortowo, ale trzeba przetrzymać. Po kilkudziesięciu minutach znowu słychać grzmoty i po wyjściu na wzgórza za Skawą znowu zaczyna kropić. Burza tym razem przechodzi bokiem, kierując się w stronę Lubonia Wielkiego, ale spacerując po odsłoniętych polach i widząc piękny, ale i groźny wał burzowy znowu mam obawy. Grzmoty towarzyszą nam już praktycznie do końca dnia. Raz kropi, a raz świeci słońce. Trzeba w ogóle zaznaczyć, że odcinek od Skawy do Rabki jest FATALNIE oznakowany. Powoduje to zgubienie przez nas szlaku przed Rabką i odnalezienie go dopiero na przedmieściach uzdrowiska.

Wygłodniali idziemy na obiad i po zakupach wychodzimy na Maciejową. Znowu leje, ale burza jest już mniej intensywna od tej przedpołudniowej. Na Starych Wierchach jest tak dużo ludzi, że nie ma miejsca na podłodze. Na szczęście tylko przez 2 godziny. Po upragnionym prysznicu i kolacji ładujemy się na glebie i śpimy w ciepłym schronisku. Niestety… zaczyna mnie niepokoić ból mięśni przy goleniu prawej nogi. Cóż… mam nadzieję, że przez noc przejdzie, bo nie mogę całkowicie wyprostować nogi, a i chodzenie sprawia trudności.

Dzień 6

Sen był paskudny, a właściwie to go nie było, bo spanie na podłodze bez karimaty, której nie wziąłem nomen omen z wygody – a jakże – trudno określić jako przyjemne. Sprawdzam buty – mokre, wszystko inne poza ręcznikiem – mokre. Szlag mnie chyba trafi. Na szczęście noga już nie boli i można spokojnie iść. Rozdzielamy się z kolegami – jak się okazało na zawsze? Przynajmniej dzisiaj. Wychodzą 10 minut wcześniej ode mnie i chyba pędzą, bo ich ani widu, ani słychu.

Idę sobie żwawym tempem, ale znośnym, bo idzie mi się całkiem dobrze. Nie narzekam. Po wczorajszym dniu obawiam się tylko burzowej pogody, ale na szczęście cały dzień wytrzymuje bez deszczu. Jest upalnie, co odczuwam szczególnie na nosie i częściowo na rękach. Ciekawe jak będzie jutro. Na dodatek buty same się wysuszyły, bo zakładając je rano były kompletnie mokre. Reszta rzeczy była również mokra, ale duża część z nich na szczęście zdążyła wyschnąć i jest ok. Do tego noga, która już praktycznie nie boli. Najbardziej dokuczają mi obtarcia palców u prawej nogi, ale jeszcze daje radę wytrzymać. Do bazy na Lubaniu dochodzę stosunkowo szybko, bo po godzinie 16. Dostaję swój namiocik, w którym się instaluję i odpoczywam. Nalewam wody na jutro do butelki i robię pranie. Jem także sławnego lubańskiego naleśnika – mniam mniam.

Co rzuciło mi się w oczy: strasznie dużo ludzi w ten dłuuugi weekend wybrało się w Gorce… niestety stają się coraz bardziej popularne. Nie wiem, czy to kwestia tej mszy dzisiaj pod Turbaczem czy ogólnie, ale przed schroniskiem na Turbaczu to normalnie jakaś masakra – tyle ludu, że szkoda gadać.

Dzień 7

Pobudkę urządzam sobie tradycyjnie o godzinie 6. Idę nabrać wody ze źródełka pod szczytem i stwierdzam, że schudłem (tak, tak, jeszcze miałem z czego) i przez 5 minut zastanawiam się, czy w ogóle jeszcze iść – drugi kryzys (pierwszy był 5 dnia) po burzach, bólu nogi i przemoczeniu w Jordanowie i Rabce. No ale nic.

Idę najpierw na Lubań i oglądam morze mgieł z wierzchołka, a potem idę w stronę Krościenka. Idzie się fajnie, prostą drogą w dół. Dochodzę do Krościenka i czuję się jak u siebie w domu, bo bywałem tutaj już nie raz, nie dwa. Zaczynam podchodzić na Dzwonkówkę i powiem szczerze – masakra jest, ale pocieszam się tym, że na Babią było gorzej. 🙂 Idzie się, bo idzie, jem trochę czekolady po drodze i wkrótce osiągam Dzwonkówkę. Potem schodzę na malowniczą Przełęcz Przysłop. Tam czuję się fantastycznie. Dodatkowo zagaduje mnie babcia na szlaku i gadam z nią ok. 5 minut. Okazuje się, że mieszkała dawniej na ul. Modrzewiowej w Krakowie, więc to chyba jakaś krezuska :D.

Jest fajnie, ale droga daleka i trzeba iść dalej, więc zaczynam ostre i mordercze podejście na Skałkę. Jest tak męczące, że zatrzymuję się aż 2 razy przed wypłaszczeniem, zanim dojdę. Po dojściu na Skałkę kieruję się na Prehybę. Tam wspominam swój ostatni pobyt tutaj w kwietniu z dr Różyckim 🙂 i jem obiad. Nalewam wody do butelki w kibelku – nawet czysta 🙂 i idę dalej. Po około 30 minutach słyszę grzmoty, wobec tego zaczynam nie podejście, ale można powiedzieć „wybieg” na Radziejową, gdyż jak wiadomo nic tak na mnie nie działa motywująco i pobudzająco jak odgłos nadciągającej burzy… Na szczycie jestem 3 minuty i idę dalej. Grzmoty są raz dalej, a raz bliżej, ale mimo wszystko się przybliżają, więc idę coraz szybciej i w końcu dochodzę do Chatki pod Niemcową. Tam odpoczywam na zewnątrz, rozmawiam i słucham gitary do godziny 22, po czym kładę się spać.

Dzisiaj na szlakach mniej osób niż wczoraj, może dlatego, że to już koniec długiego weekendu. Więcej ludzi było tylko w schronisku na Prehybie, co zrozumiałe…

Aby przejść do dalszej części relacji, kliknij tutaj.

 

© 2021: Paweł Łacheta | Travel Theme by: D5 Creation | Powered by: WordPress
%d bloggers like this: