Dzień 8: Pograniczem niemiecko-szwajcarskim

Budzę się dość wcześnie. Wczoraj pokonałem niewiele ponad 50 km (z planowanych ok.80 km), więc dzisiaj muszę wziąć się w garść i nadrobić „straty”. Ogarniam w miarę sprawnie swoje poranne sprawy, jem pożywne śniadanie i ruszam w dalszą drogę, zanim jeszcze recepcja obiektu zostanie otwarta.

Odległość z kempingu do miejsca, w którym wczoraj opuściłem szlak Eurovelo 15, to ok. 1200 metrów po płaskim terenie. Jakże przyjemnie jedzie mi się dzisiaj tą trasą, mając nad sobą niebo z niegroźnymi obłokami, zamiast ponurej szarej masy, z której poprzedniego dnia padał rzęsisty deszcz.

Dość szybko docieram do pierwszej miejscowości na szlaku – Flaach. Można powiedzieć, że „wszystko co dobre, szybko się kończy”, bowiem jeszcze nie zdążyłem na dobre wyjechać z wioski, a już muszę zacząć pedałować ze zdwojoną mocą z uwagi na stromy podjazd do Berg am Irchel. Tam się on bynajmniej nie kończy, o nieee… jedynie na chwilę zmniejsza swój kąt nachylenia. Dobrze przynajmniej, że miejscowość jest na tyle ładna (bogata w piękne budynki z muru pruskiego), że jadąc z wolnym tempie, mam okazję je podziwiać. Co prawda jadę główną drogą, ale na szczęście w niedzielny poranek nie jest ona bardzo uczęszczana. Nie czuję więc na niej specjalnego zagrożenia ze strony samochodów. W ogóle w Szwajcarii nie odczuwam takiego strachu. Czuję się tu wyjątkowo bezpiecznie.

krajobrazy okolic flaach w Szwajcarii
Gdzieś między Flaach a Eglisau

Wiecie, jak wujek Google tłumaczy nazwę miejscowości Berg am Irchel? To Góra na Wzgórzu…. . Jeśli rozumiecie, co chcę Wam przez to powiedzieć, to doskonale. Chwilowe wypłaszczenie w centrum wioski szybko się kończy i rozpoczynam kolejny etap mozolnej wspinaczki na górę (bo jeśli dobrze rozumiem, na wzgórze już wjechałem) 😉 . Ostatni raz taki podjazd pamiętam z etapu Chur – Jezioro Bodeńskie, więc sprzed trzech dni. No cóż… muszę przyznać, że dzisiejszy odcinek Eurovelo 15 od razu zaczął się z grubej rury.

Wraz z dotarciem do granicy lasu i w miejscu, gdzie droga staje się bardziej kręta, podjazd się kończy. Co dalej? Siuuuup – zjazd. Nie mogę jednak dać ponieść się emocjom i pędzić na złamanie karku, żeby się nie przeziębić. Wszak po tak męczącej wspinaczce jestem całkiem nieźle spocony, zatem chwila nieuwagi może skończyć się niepotrzebną chorobą i… komplikacjami w dotarciu nad Morze Północne.

Docieram do Teufen. W centrum miejscowości zatrzymuję się na skrzyżowaniu dróg, na którym powinienem skręcić w prawo, w stronę Renu. Tabliczki w języku niemieckim, które zauważam, wskazują jednak, że wyznaczono objazd i powinienem jechać prosto. Tak też czynię, lecz zatrzymuję się po ok. 200 metrach i ponownie zaczynam analizować sytuację. Patrzę na mapę i widzę, że wskazany objazd byłby baaardzo długi, a nie ukrywam, że z uwagi na długi etap, jaki mnie czeka, nie bardzo mi się to widzi. Postanawiam zatem zawrócić i zjechać do rzeki za znakami szlaku Eurovelo 15.

Droga do Renu prowadzi cały czas w dół. Jedzie się po prostu wspaniale! Dlaczego tak nie mogłoby być przez cały czas? 😉  Pod koniec zjazdu zaczynam się jednak nieco niepokoić. Po pierwsze – trwa on dość długo, a po drugie – martwię się, czy faktycznie mostek na małej rzece Töss, który mam przekroczyć, będzie przejezdny. Coraz bliżej do rozwiązania zagadki, jeszcze bliżej i… . Niech to szlag! Zamknięty! Nie chcecie wiedzieć, co myślę sobie w tym momencie… . Jestem wkurzony na to, że straciłem czas na dotarcie w to miejsce, ale jeszcze bardziej (a nawet przede wszystkim) dlatego, że czeka mnie teraz stromy podjazd do punktu, w którym niewłaściwie wybrałem drogę. No cóż ja mogę poradzić… . Nie pozostaje mi nic innego, jak wziąć głęboki wdech i… z powrotem wspinać się do centrum Teufen. Z uwagi na skalę trudności tego wyzwania, częściowo prowadzę swój rower, jednocześnie „odpoczywając”.

Zmęczony docieram do głównej drogi. Że też wcześniej nie posłuchałem swojej intuicji i „pierwszej myśli” i nie pojechałem od razu prosto… . Oszczędziłbym tyle sił… . No, ale nie ma się co rozczulać, trzeba jechać dalej! Początkowo poruszam się po w miarę płaskim terenie. Następnie rozpoczynam zjazd do miejscowości Rorbas, w której… znowu czeka mnie krótki, ale stromy podjazd do głównej drogi prowadzącej do Eglisau. Ileż jeszcze będzie trwała ta wieczna jazda góra-dół-góra-dół?! Szczerze mówiąc, zaczyna mnie to irytować. Nie mówiąc już o permanentnym zmęczeniu, które daje mi się we znaki, a przecież to dopiero początek dzisiejszego odcinka… .

Po kilkuset metrach odbijam z głównej drogi w wąską, asfaltową uliczkę, która po pewnym czasie zmienia się w szutrowo-gruntowy, leśny dukt. Momentami zastanawiam się, czy skręciłem w dobrym momencie i sprawdzam swoje położenie na mapie. Nie wiem, czy objazd prowadzi dokładnie w ten sposób, ale najważniejsze jest to, że zmierzam w kierunku szlaku Eurovelo 15 (już po drugiej stronie mostu na rzece Töss, który jest w remoncie). Żałuję tylko, że nie mogę do końca delektować się zjazdem, który na tym odcinku jest momentami dość stromy. Zamiast tego muszę uważać na każdy duży kamień na drodze, aby nie „złapać kapcia”. Gdy docieram do asfaltowej ścieżki, cieszę się ogromnie. Nie będę już musiał wysłuchiwać odgłosów bagażnika objuczonego sakwami, który trzęsie się na nierównościach terenu.

rower oparty o mur nad brzegiem renu w eglisau w Szwajcarii
Nad Renem w Eglisau

Im bliżej Eglisau, tym bardziej droga staje się szersza. Jeszcze tylko krótki zjazd i… jestem nad Renem! Przeprawiam się przez rzekę i skręcam w prawo, w kierunku kościoła. Opieram rower o murek i… ogłaszam sobie przerwę na jedzenie i picie. Jest zimno, a niebo całkowicie zasnuły chmury. Tyle pozostało ze słonecznego poranka na kempingu. Na szczęście nie pada i to jest ta dobra informacja. Eglisau jest ładnym szwajcarskim miasteczkiem, ale, jakby to powiedzieć, „bez fajerwerków”. To dobre miejsce na przerwę w podróży, ale nic poza tym. Po zaspokojeniu głodu i pragnienia ruszam więc w dalszą trasę.

Nie dziwi mnie zupełnie, że po minięciu mostu na Renie rozpoczynam kolejny stromy podjazd. Już nie próbuję się wysilać. Schodzę z roweru i prowadzę go chodnikiem. Po odbiciu od głównej drogi wsiadam na jednoślad, co bynajmniej nie oznacza, że teren uległ wypłaszczeniu. Po prostu trochę sobie odpocząłem i nabrałem sił do pedałowania.

Dalsza część trasy przebiega pofalowaną, asfaltową szosą, mało ciekawą pod względem atrakcji. Za miejscowością Zweidlen szlak sprowadza na wydzieloną ścieżkę rowerową, poprowadzoną wzdłuż głównej drogi z Bazylei do Winterthur. Ruch samochodowy jest na niej spory, więc tym bardziej cieszę się, że mogę spokojnie pedałować, jadąc dedykowaną rowerom trasą, nie oglądając się za siebie. Coraz częściej zwracam uwagę na odgłosy startujących samolotów. Krótkie spojrzenie na mapę wszystko mi wyjaśnia – znajduję się niedaleko lotniska w Zurychu, największego w Szwajcarii.

Na najbliższym rondzie odbijam ze szlaku Eurovelo 15 i skręcam w prawo, do centrum Kaiserstuhl. To kolejne urokliwe miasteczko na mojej trasie. Nie ma w nim może ultraciekawych atrakcji, ale znajdują się tu bardzo ładne, historyczne kamieniczki z otwartymi na oścież okiennicami, które nadają temu miejscu typowo szwajcarski klimat. Mimo że jadę w dół (ze świadomością, że będę musiał wracać pod górę), to nie przeszkadza mi to. Wrażenia estetyczne jakie mi towarzyszą, wynagradzają mi tę niedogodność.

Upewniam się w tym jeszcze bardziej w momencie, gdy docieram nad Ren. Przez rzekę prowadzi most, który nie jest może wybitnie urodziwy, ale znajduje się na nim piękna figura św. Jana Nepomucena, doskonale komponująca się z sylwetką zamku Rotwasserstelz, znajdującego się już po niemieckiej stronie granicy. Musicie bowiem wiedzieć, że Ren, mniej więcej od miejscowości Zweidlen, jest rzeką graniczną między Szwajcarią, a Niemcami. Taki stan rzeczy będzie się utrzymywał aż do Bazylei, czyli ostatniego miasta w Szwajcarii, które odwiedzę.

figura świętego Jana nepomucena na moście na renie w kaiserstuhl na granicy niemiecko-szwajcarskiej
Most na Renie w Kaiserstuhl

Zamku nie można zwiedzać, gdyż znajduje się w rękach prywatnych, ale i tak nie miałem takiego zamiaru. Wsiadam na rower i mocno pedałując, wracam do ronda, na którym opuściłem Eurovelo 15.

Początkowo jadę mniej uczęszczaną drogą, jednak już po kilkuset metrach ponownie docieram do głównej szosy, która monotonnie prowadzi mnie do miasteczka Rümikon. Odcinek ten nie był może piękny krajobrazowo, ale dzięki niemu znów mogłem poczuć, co to znaczy błogosławieństwo jazdy dobrej jakości asfaltem po płaskim terenie. Za miejscowością droga jest już bardziej pofalowana, lecz na szczęście nie tak męcząca, jak na początku dnia.

Krajobrazy wokół przypominają mi bardziej Polskę niż Szwajcarię. Może właśnie z tego powodu nie robię na tym etapie trasy zbyt wielu zdjęć. Zamiast Renu częściej towarzyszy mi biegnąca obok linia kolejowa. Mijam kolejne wioski i miasteczka. W Bad Zurzach mam nadzieję zobaczyć coś ciekawego, ale uzdrowisko samo w sobie wydaje mi się nijakie. Opuszczam je więc bez żalu, zatrzymując się jedynie na krótką przekąskę i uzupełnienie zapasów wody.

Za Rietheim przez chwilę ponownie towarzyszy mi główna droga z Bazylei do Winterthur. Opuszczam ją przez miasteczkiem Koblenz. Już za miejscowością przekraczam most na rzece Aare, która w tym miejscu wpada do Renu. To jeden z jego znaczących dopływów.

Od tego momentu na trasie zaczyna robić się ciekawiej. Na północy dostrzegam południowe krańce pasma górskiego Schwarzwald. Lokalnymi drogami docieram nad Ren. Wzdłuż jego wałów kieruję się na zachód. Po kilku minutach jazdy w oddali dostrzegam blok elektrowni atomowej Leibstadt, w pobliżu której prowadzi mnie szlak. Zatrzymuję się tu na krótki odpoczynek.

Asfaltowa droga w pewnym momencie ustępuje miejsca szutrówce, choć nie na długo. Po pewnym czasie doprowadza mnie do głównej szosy z Bazylei do Winterthur, z którą już „dobrze się znam”. Znowu robi się nudno, ale… nikt przecież nie mówił, że każdy kilometr szlaku będzie tak samo ciekawy. Nie narzekam więc, lecz prę dzielnie przed siebie.

kolorowy fresk namalowany na ścianie jednego z budynków w laufenburgu w Szwajcarii
Fresk na jednym z budynków w Laufenburgu

Na wysokości Laufenburga odbijam ze szlaku i rozpoczynam zwiedzanie tego jakże urokliwego miasteczka, a dokładniej rzecz ujmując – jego szwajcarskiej części. Musicie bowiem wiedzieć, że po niemieckiej stronie znajduje się jego druga połowa. Jest to taki casus polskiego i czeskiego Cieszyna.

Pierwsze kroki, a właściwie metry przemierzane rowerem, kieruję w stronę bramy Wasentor, przez którą wkraczam na miejską starówkę. Podziwiam jej piękny, średniowieczny charakter, a następnie zmierzam dalej, w stronę wzgórza zamkowego, malowniczą uliczką Obere Wasengasse. Znajdują się przy niej urocze, kolorowe kamieniczki, a na placyku na jej końcu – niewielka fontanna. Zatrzymuję się tu na krótki odpoczynek, bo okolica nadaje się do tego idealnie 🙂 . Po nabraniu sił, kieruję się na wschód, aby znaleźć najprostszą ścieżkę prowadzącą do ruin zamku. A nie jest to wcale takie łatwe, jak mogłoby się wydawać… .

ulica z kolorowymi flagami i budynkami w laufenburgu w Szwajcarii
Malownicza uliczka w Laufenburgu

Klucząc brukowanymi uliczkami Laufenburga, odnajduję w końcu szlak do zamku. Wjechać tam rowerem nie będzie jednak łatwo, a już tym bardziej rowerem objuczonym sakwami. Przypinam więc swój jednoślad do barierki przy schodach i wspinam się do góry na piechotę.

malowniczy widok ze wzgórza zamkowego w laufenburgu na ren i miasto
Widok na Ren i Laufenburg ze Wzgórza Zamkowego

Z zamkowych ruin nie pozostało zbyt wiele. Tak naprawdę ostała się po nich jedynie kamienna wieża. Dobre i to, ponieważ dzięki temu mogę wspiąć się na jej wierzchołek (wstęp darmowy) i obejrzeć piękną panoramę miasta i Renu, wijącego się między jego niemiecką i szwajcarską częścią. Co jakiś czas na moją głowę spadają pojedyncze krople deszczu, ale czymże one są w porównaniu do ulew, które nękały mnie przez ostatnie dwa dni jazdy? Niczym.

Wykonuję parę zdjęć i zmierzam w stronę osamotnionego roweru. Odpinam go od barierki i ruszam w dalszą drogę szlakiem Eurovelo 15.

Odcinek między Laufenburgiem, a Bad Säckingen nie wyróżnia się niczym szczególnym, zatem nie będę się o nim specjalnie rozpisywał. Ot, zwyczajna jazda raz głównymi, a raz bocznymi drogami. Jako że szlak omija to niemieckie uzdrowisko, „zmuszony” jestem po raz kolejny odbić od niego nieco w bok.

zabytkowy drewniany most na granicy niemiecko-szwajcarskiej prowadzący do bad sackingen
Zabytkowy most na Renie w Bad Säckingen

Aby dostać się do Bad Säckingen, muszę przeprawić się na drugi brzeg Renu. Do wyboru mam dwa mosty: pierwszy, gdzie poprowadzono ruch tranzytowy, oraz drugi – zabytkowy i drewniany, na którym obowiązuje wyłącznie ruch pieszo-rowerowy. Wybór jest oczywisty. Wszystkie argumenty wskazują za tym, abym udał się na „ten drugi”.

Mimo że rowerzyści mogą spokojnie jeździć po moście, postanawiam zsiąść z siodełka i z perspektywy piechura delektować się jego piękną architekturą. Zanim na niego wkroczę, ze szwajcarskiego brzegu Renu podziwiam ciekawą panoramę na niemiecką stronę. Wyróżnia się w niej kościół św. Frydolina, górujący nad miastem.

Zmierzając do Bad Säckingen, pośrodku mostu napotykam niemieckie godło. Jeszcze tylko parę kroków i melduję się na germańskiej ziemi. To, co zwraca moją uwagę, to… palmy, których na ulicach jest całkiem sporo. Gdyby nie lokalizacja GPS, to mógłbym się zastanawiać, czy nie jestem gdzieś bardziej na południu Europy. Rheinbrückstraße prowadzi mnie do rozwidlenia, gdzie wybieram uliczkę, którą docieram na Münsterplatz, z górującą nad nim sylwetką kościoła pw. św. Frydolina.

kościół pod wezwaniem świętego frydolina w niemieckim bad sackingen
Kościół pw. św. Frydolina w Bad Säckingen

Tu pojawia się znany problem – nie mam gdzie przypiąć roweru. Przy wejściu do kościoła zauważam dwa nieprzypięte jednoślady, którymi nikt się nie interesuje. Postanawiam zatem wziąć przykład z ich właścicieli i z duszą na ramieniu wchodzę do świątyni, zostawiając swojego dwukołowego rumaka tuż obok drzwi wejściowych.

Wnętrze kościoła nie pozostawia wątpliwości – mamy do czynienia z ewidentnie barokowym wystrojem. Pięknym – trzeba dodać – bez dwóch zdań. W tym miejscu chciałbym wspomnieć, a właściwie wyjaśnić, skąd wzięło się wezwanie świątyni. Frydolin z Säckingen, bo o nim mowa, to święty, benedyktyński opat, będący obecnie patronem miasta. Żył na przełomie V i VI w., a pochodził najprawdopodobniej z Irlandii. Oprócz trzymania pieczy nad Bad Säckingen, św. Frydolin patronuje także… dobrej pogodzie. No nie mogłem sobie wymarzyć lepszej postaci do wznoszenia modłów w tej świątyni 🙂 . W tym całym ambarasie zapominam zajrzeć do jednego z pomieszczeń kościoła, w którym znajdują się… relikwie świętego. Jeśli tu będziecie – nie zapomnijcie przynajmniej Wy tego zrobić!

wnętrze kościoła pod wezwaniem świętego frydolina w niemieckim bad sackingen
Wnętrze kościoła pw. św. Frydolina w Bad Säckingen

Po opuszczeniu świątyni okazuje się, że mój rower, cały i nietknięty, stoi w tym samym miejscu, w którym go pozostawiłem. Oddycham z ulgą i zmierzam na dalsze zwiedzanie miasta. Pogoda nieco się poprawiła i świeci słońce, zatem kawiarniane i restauracyjne ogródki są pełne turystów i mieszkańców. W końcu mamy dziś niedzielę, więc nie ma się co dziwić.

fontanna głupców - narrenbrunner - w bad sackingen w Niemczech
Fontanna Głupców (Narrenbrunnen) w Bad Säckingen

Na jednej z uliczek zauważam ciekawą instalację artystyczną. To „Fontanna Głupców”, zwana oryginalnie Narrenbrunnen. Przedstawia lokalne postaci, które pojawiają się w mieście podczas okresu karnawału. Muszę przyznać, że bardzo dobrze komponują się zarówno z samą fontanną, jak i okolicznymi budynkami.

widok na kościół w bad sackingen z zabytkowego mostu na renie
Widok na Bad Säckingen z mostu na Renie

Po tym jakże krótkim spacerze po centrum Bad Säckingen powracam do mostu na Renie. Ponownie przemieszczam się po nim na piechotę, podziwiając piękne widoki, jakie się z niego roztaczają. Jakże cudnie prezentują się na tle Renu te kwietne donice przywieszone do mostu! Ach!

Po dotarciu na drugi brzeg rzeki rzucam okiem po raz ostatni na panoramę Bad Säckingen i ruszam w dalszą podróż.

Początkowo jadę główną drogą. Na szczęście ten stan nie trwa zbyt długo i przed miejscowością Wallbach zjeżdżam w bok, w stronę wałów Renu. Od tej pory poruszam się piękną, asfaltową ścieżką z widokiem na rzekę. No i to jest prawdziwe Eurovelo 15! Dlaczego tak nie może być przez cały czas?

Nie otrzymuję odpowiedzi na to pytanie, jednak pewnym jest, że przyjemna jazda z widokami trwa jedynie 1 km. Potem powracam do pedałowania w „zwykłej” scenerii. Asfalt zmienia się w szuter, a ścieżka prowadzi w leśnym, przyjemnym terenie. Też pięknie. Dawno lasu nie widziałem, a nie będę ukrywał, że lubię jego towarzystwo.

Szutrowa nawierzchnia towarzyszy mi (z niewielkimi przerwami) prawie do samego Rheinfelden. Będąc już w mieście, kieruję się prosto na reprezentacyjny deptak – Marktgasse, na który wkraczam po przekroczeniu jednej ze staromiejskich bram. Jak przystało na swoją funkcję, jest to szeroka aleja wypełniona kawiarnianymi i restauracyjnymi ogródkami oraz pełna wszelkiej maści sklepów.

deptak marktgasse w centrum rheinfelden w Szwajcarii
Ulica Marktgasse w centrum Rheinfelden

Na końcu deptaka skręcam w prawo na stary most na Renie, będący zarazem przeprawą graniczną między Niemcami, a Szwajcarią. Postanawiam urządzić sobie tu miejsce odpoczynku. Wyciągam jedzenie oraz picie i delektuję się widokami na rzekę. Na moście spędzam kilka minut. Czas goni, a do miejsca noclegowego nie zostało mi wiele kilometrów. Chcę więc jak najszybciej dotrzeć na kemping i odpocząć po tym jakże wymagającym etapie, liczącym ponad 110 km.

pozostałości po amfiteatrze w kompleksie augusta raurica pod Bazyleą
Amfiteatr w kompleksie Augusta Raurica

Po kilkunastu minutach jazdy docieram do miejscowości Kaiseraugst, w której znajduje się miejsce, gdzie spędzę dzisiejszą noc. Przejeżdżam obok niego i… jadę dalej, ponieważ zanim dotrę na kemping, chcę zwiedzić jeszcze jedną atrakcję, nieco z dala od szlaku Eurovelo 15.

To Augusta Raurica, czyli najlepiej zachowane rzymskie miasto na północ od Alp. Powstało ok. 2000 lat temu i w latach świetności liczyło ok. 20 tys. mieszkańców. Aby się tu dostać, spod kempingu muszę po raz ostatni już dzisiaj spiąć pośladki i mocniej pedałować, gdyż miejsce położone jest kilkadziesiąt metrów powyżej poziomu Renu.

Wstęp do pozostałości amfiteatru, bo to on głównie mnie interesuje, jest bezpłatny, z czego skwapliwie korzystam. Obiekt sprawia całkiem niezłe wrażenie. Obchodzę go z każdej strony, jak również wchodzę na najwyższy poziom schodów. Dzięki temu, że okolica Augusta Raurica nie była pod dużą presją urbanizacyjną, amfiteatr mógł się zachować w tak niezłym stanie i do dzisiaj cieszy oko zwiedzających.

rozbity namiot na kempingu nad renem w kaiseraugst w Szwajcarii
Na kempingu nad Renem

Po wizycie w kompleksie czym prędzej wsiadam na rower i zjeżdżam prosto na kemping. Cena na rozbicie namiotu jest aż o połowę mniejsza niż wczoraj. Ciekaw jestem, czy związane jest to z jakością oferowanych na miejscu „usług”.

malownicze niebo po zachodzie słońca nad renem w kaiseraugst w Szwajcarii
Po zachodzie słońca nad Renem

Melduję się w recepcji i udaję się na zieloną trawkę, aby rozstawić swój „domek”. Miejsca jest pod dostatkiem, dzięki czemu mogę swobodnie wybrać swój „kawałek podłogi”. Postanawiam rozłożyć się między basenem, a Renem, uznając, że lepszej i bardziej kameralnej przestrzeni na tym kempingu dla siebie nie znajdę.

Po rozbiciu namiotu odwiedzają mnie różni goście. Jako pierwszy podchodzi do mnie Holender, który dowiedziawszy się o tym, że jadę aż do Holandii, życzy mi powodzenia. Drugim gościem jest kot, który wykonuje dziwne ruchy i delikatnie proszę go o opuszczenie terenu. Podejrzewam go o chęć „oznaczenia” swojego rewiru w wiadomy sposób, na co nie ma mojej zgody. Jako trzeci (a właściwie „trzecie”) pojawiają się kaczki, które zostały nauczone przez turystów, że dostają tutaj jedzenie. Cóż… ode mnie niczego nie dostaną, bo w sezonie letnim nie mam w zwyczaju dokarmiać zwierząt.

Przyszedł w końcu czas na prysznic. W tym momencie zaczynam rozumieć, dlaczego cena noclegu na kempingu z małym namiotem wynosi tu jedyne 14 CHF. Sanitariaty, łagodnie mówiąc, nie są pierwszej świeżości. Nie żeby mi to specjalnie przeszkadzało, ale dobrze, że nie przyjechałem tutaj w deszczową pogodę, bo moje wrażenia byłyby zgoła inne.

Niewątpliwą zaletą tego miejsca jest jego położenie. Pomost nad Renem, do którego mam zaledwie kilka metrów od namiotu, jest idealnym punktem widokowym na podziwianie zachodu słońca i wszelkich gam kolorów nieba, które odbijają się w rzece. Dla takich chwil warto żyć! 🙂

Zasypiam w spokoju i pełen nadziei, gdyż prognozy pogody na jutro są bardzo optymistyczne.


Skomentuj

© 2026: Paweł Łacheta | Travel Theme by: D5 Creation | Powered by: WordPress