Dzień 7: Szafuza i wodospady Renu

Poranek na kempingu Wagenhausen wita mnie piękną, słoneczną pogodą. Niebo nie jest zupełnie bezchmurne, ale obłoków jest na tyle mało, że wilgotny namiot może bez problemu schnąć, gdy przygotowuję się do śniadania i opuszczenia miejsca noclegowego. Niech Was jednak nie zwiedzie obecny stan rzeczy. Prognozy na dalszą część soboty nie napawają optymizmem – ma padać i to nawet nie przelotnie, a ciągle. Czy tak faktycznie będzie? Cóż… zobaczymy. Po wczorajszym dniu mam deszczu po dziurki w nosie, a tu jeszcze takie wieści od synoptyków… .

Pogodny poranek na kempingu Wagenhausen w okolicy Stein am Rhein
Poranek na kempingu Wagenhausen

Nie tracąc czasu, ruszam zatem przed siebie. Jako że kemping, na którym spałem, znajduje się nieco poza szlakiem Eurovelo 15, powracam do niego… w pięknym miasteczku Stein am Rhein, o którym opowiadałem Wam w poprzednim wpisie. Po raz kolejny przemierzam urocze uliczki starówki, aby opuścić ją Dolną Bramą (Untertor).

Sielskie krajobrazy na szlaku Eurovelo15 między Stein am Rhein a Szafuzą
Na szlaku Eurovelo 15 między Stein am Rhein a Szafuzą

Początkowo szlak prowadzi główną drogą, wspólnie z ruchem samochodowym. Po kilku kilometrach znaki kierują mnie na odseparowaną ścieżkę rowerową wzdłuż jezdni, po której jedzie się przyjemniej i spokojniej. W miejscowości Hemishofen opuszczam główny ciąg komunikacyjny i od tej pory poruszam się lokalną, asfaltową drogą, ze śladowym ruchem pojazdów mechanicznych.

Wokół mnie same pola, lasy, niewielkie pagórki, a trasa prowadzi mnie po płaskim terenie, od czasu do czasu fundując niewielkie podjazdy i zjazdy, prawie nieodczuwalne. Gdyby ktoś przeniósł mnie w to miejsce w stanie nieświadomości, mógłbym przysiąc, że jestem gdzieś w okolicy swojego miejsca zamieszkania. Tak bardzo okolica przypomina mi mój Zabierzów i krajobrazy Dolinek Podkrakowskich. W życiu nie domyśliłbym się, że jestem w Szwajcarii.

Gdy kończy się asfalt, rozpoczynam krótki, ale męczący podjazd przez las szutrową drogą. Żeby było ciekawiej, przebiega nim niemiecko-szwajcarska granica państwowa. To nie pierwszy i nie ostatni raz, gdy mnie to spotyka. Na dzisiejszym odcinku Eurovelo 15 trudno się czasami zorientować, czy jest się w Niemczech, czy w Szwajcarii. Nie zawsze bowiem Ren jest tu rzeką graniczną, a na dodatek jeden z odcinków szlaku przebiega przez… niemiecką eksklawę na terytorium Szwajcarii. Dochodzi zatem do takiej sytuacji, że po opuszczeniu lasu krótkim zjazdem (co jest normalne, skoro najpierw był podjazd), orientuję się, że jestem w Niemczech dopiero po zerknięciu na mapę i swoje położenie na GPS… .

Miejscowość, do której właśnie dotarłem, to niemieckie Gailingen. Na drugim brzegu Renu znajduje się szwajcarskie Diessenhofen, do którego prowadzi przepiękny, zabytkowy, drewniany i zadaszony most. Nie zamierzam opuścić takiej okazji, aby przeprawić się tam swoim jednośladem. Z jednego z „okien” mostu obserwuję interesujący widok na miasteczko. Jest on tak ciekawy, że muszę go sfotografować.

Widok z mostu na Renie na miasto Diessenhofen w Szwajcarii
Diessenhofen

Diessenhofen to piękne, zabytkowe miasto. Jak już wcześniej wspominałem, ze szwajcarskimi miasteczkami mam jednak tak, że gdy odwiedzam każde kolejne, to z biegiem czasu mi one powszednieją. Coś, co normalnie by mnie zachwyciło, od nadmiaru piękna wokół wydaje się owszem, ładne, ale nie ma tzw. efektu „wow”. Tak też mam i tym razem, przemierzając jednośladem centrum Diessenhofen. Przyznam szczerze, że większe wrażenie zrobił na mnie most na Renie, którym dostałem się do miasta. Z każdym kolejnym dniem w Szwajcarii staję się jak widać coraz bardziej wymagający 🙂 .

Powracam do przeprawy przez rzekę, na szlak Eurovelo  15 i… do Niemiec. Za mostem skręcam w lewo, na zachód – w stronę Szafuzy. Po nieco ponad 1 km… wkraczam ponownie do Kraju Helwetów. Przez jej terytorium jadę kolejne ponad 500 m i… znowu jestem w Niemczech 🙂 , a dokładniej w niemieckiej eksklawie na obszarze Szwajcarii – gminie Büsingen am Hochrhein. Tak rzadko spotykana sytuacja niektórym z Was może wydać się ciekawa, dlatego z wyjaśnieniem przychodzi ten oto artykuł. Korzysta on z informacji na niemieckojęzycznej stronie, ale już przetłumaczonych, więc będzie Wam wygodniej się z nim zapoznać.

Szlak prowadzi mnie do centrum miejscowości, aby następnie odbić nad rzekę. Jadę główną drogą, ale wydzielonym pasem dla rowerzystów. Po kolejnym kilometrze czeka mnie niespodzianka – ponownie wkraczam do Szwajcarii! 🙂 Zabudowa stopniowo gęstnieje i zanim się orientuję, wkraczam do największego miasta na dzisiejszym odcinku szlaku – Szafuzy (Schaffhausen).

Szafuza jest najbardziej na północ wysuniętym miejscem w Szwajcarii, które odwiedzam podczas mojej rowerowej eskapady szlakiem Eurovelo 15. Zwana jest „miastem wykuszy”, gdyż znajduje się ich tutaj aż 171, co jest doprawdy imponującą liczbą. Szafuza zachowała swój średniowieczno-renesansowy charakter mimo trudnej nowożytnej historii. 1 kwietnia 1944 r. doszło tutaj do wydarzenia, które na zawsze pozostanie w pamięci mieszkańców miasta i całej Szwajcarii. To właśnie tego dnia amerykańskie lotnictwo omyłkowo je zbombardowało. W nalotach zginęło 37 osób. Nie był to jedyny przykład przypadkowych nalotów na szwajcarskie miasta podczas II wojny światowej, ale niestety najbardziej „spektakularny” i tragiczny, biorąc pod uwagę liczbę ofiar. I nawet odszkodowanie, które zostało później wypłacone przez amerykański rząd, nie wróciło życia niewinnie zabitym ludziom.

Świadomy historii miasta, wkraczam do jego historycznego centrum. Początkowo jadę rowerem. Docieram na niewielki placyk z uroczą fontanną o nazwie Tellenbrunnen. Doskonale komponuje się ona z otaczającymi ją budynkami. Na jednym z nich zauważam logo znanej szwajcarskiej marki czekolad – Läderach. Odpowiadając na Wasze potencjalne pytanie – nie, nie wchodzę do środka i nic nie kupuję. Jako że ceny nawet niewielkich ilości słodkości są równe kosztom jednego noclegu na szwajcarskich kempingach – podziękuję 🙂 .

Historyczna fontanna w Tellenbrunnen w Szafuzie w Szwajcarii
Fontanna Tellenbrunnen w Szafuzie

Ruszam dalej. Stopniowo tłum gęstnieje, więc jestem zmuszony zejść z roweru. Nie przeszkadza mi to wcale, ponieważ dzięki temu mogę podziwiać piękne kamieniczki wokół mnie. Wśród nich moją uwagę przykuwa najpiękniejsza z nich, zwana Haus zum Ritter (Dom Rycerski). Możecie ją zobaczyć na zdjęciu poniżej. Freski, które ją zdobią, są uważane za najcenniejsze renesansowe zdobienia tego typu po północnej stronie Alp. Musicie jednak wiedzieć, że nie są oryginalne. Zostały one bowiem starannie odtworzone w XX w., gdyż te prawdziwe zostały w fachowy sposób „zdjęte” ze ściany i są dziś wystawiane w miejscowym Muzeum Wszystkich Świętych.

pokryty renesansowymi freskami Haus sum Ritter (dom rycerski) w szwajcarskiej Szafuzie
Haus zum Ritter w Szafuzie

Odbijam na północ w kierunku jednej z bram miejskich, zwanej Schwabentor. Stamtąd, ulicą Vorstadt, pełniącej funkcję deptaku, docieram do placu Fronwagplatz. Z uwagi na swoje spore rozmiary, jest on idealnym miejscem do spotkań i… handlu. Jest sobota, a w związku z tym miejsce jest pełne sprzedających ubrania, kwiaty, a także owoce i warzywa.

Z placu ruszam dalej, aby w drodze powrotnej do szlaku Eurovelo 15 minąć jeszcze jeden ciekawy obiekt (którego jednak nie zwiedzam od środka). Jest to dawne Opactwo Benedyktynów z mieszczącym się w nim muzeum, o którym wspominałem wcześniej przy okazji malowideł na Domu Rycerskim. Na terenie byłego opactwa znajdują się również najbardziej okazałe krużganki w Szwajcarii, które przy okazji warto zobaczyć. Fanom zegarków mogę dodatkowo zasugerować wizytę w Muzeum Zegarków IWC, mieszczącym się opodal zabudowań klasztornych.

Po opuszczeniu ścisłego centrum miasta, postanawiam na chwilę udać się na most na Renie, z którego podziwiam ostatni godny polecenia zabytek w mieście. To twierdza Munot, zbudowana na planie okręgu w XVI w. Z uwagi na to, że znajduje się na jednym ze wzgórz górujących nad miastem, nie chcę tracić sił na jej „zdobycie” i podziwiam ją z daleka. Wygląda na tyle ładnie, że Szwajcarzy w 2007 r. uznali, że warto uwiecznić ją na monecie kolekcjonerskiej o wartości 20 CHF. Wstęp do twierdzy jest bezpłatny, a dodatkowo można z niej podziwiać piękne widoki na miasto i Ren.

Po zwiedzeniu Szafuzy ruszam w dalszą trasę wzdłuż prawego brzegu rzeki. Wygodna ścieżka rowerowa prowadzi mnie prawie cały czas tuż przy Renie. W miejscowości Neuhausen napotykam kolejny most. Znaki sugerują, że mam przejechać na drugi brzeg, ale moja mapa mówi co innego. Zaznaczyłem sobie wcześniej, że chcę zobaczyć największą atrakcję okolicy – Wodospady Renu – z obu stron rzeki. Muszę więc dokładnie przeanalizować, jak faktycznie mam teraz pojechać. Niestety sprawy nie ułatwiają mi… krople deszczu, które coraz częściej zaczynają na mnie spadać. Pogodzie chyba znudziło się bycie łaskawym dla mojej osoby i postanowiła trzymać się prognoz, które mówiły o popołudniowych opadach. Trochę się jednak pospieszyła, gdyż do południa brakuje jeszcze kilkudziesięciu minut… .

Decyduję się pozostać na prawym brzegu rzeki. Bez oznakowania Eurovelo 15 kieruję się w stronę punktu widokowego na Wodospady Renu. Bezpłatnego punktu widokowego – należy dodać – gdyż po drugiej stronie, gdzie również będę, znajduje się wejście płatne. 

wodospady renu (rheinfall) podziwiane z północnego brzegu renu w Szwajcarii
Wodospady Renu

Tutaj ważna uwaga – na prawym brzegu rzeki znajdują się de facto dwa punkty widokowe. Pierwszy, do którego docieram, oferuje widoki bliżej wodospadu, mniej więcej na wysokości progów kaskad. Drugi, bardziej skomercjalizowany, jest oddalony o kilkaset metrów od niego i widać z niego nasz obiekt westchnień w pozie en face. Można tam również dodatkowo wykupić wycieczkę łodzią pod sam wodospad.

Minusem mojego wyboru jest to, że… nie mam gdzie przypiąć roweru. Tłumy, z uwagi na weekend są nieprzebrane, mimo niesprzyjającej pogody. Nie mogę się zatem nigdzie wcisnąć. Zostawiam więc nie przypięty rower przy jednej z barierek z duszą na ramieniu, a następnie schodzę w dół po schodach do punktu widokowego.

Panorama Wodospadów Renu jest stąd ciekawa, choć mam cichą nadzieję, że widoki po drugiej stronie będą jeszcze lepsze. Kręcę kilka filmików, robię nieco więcej zdjęć, a następnie wracam czym prędzej do roweru i mostu, na którym opuściłem szlak Eurovelo 15. No dobra… „czym prędzej” to może stwierdzenie na wyrost, gdyż do punktu widokowego dojechałem dość karkołomnym zjazdem. Analogicznie czeka mnie więc teraz męcząca wspinaczka… .

Deszcz przestał padać. Po długiej przerwie powracam na lewy brzeg Renu i nie opuszczę go już do końca dnia. Do punktu informacyjnego Wodospadów Renu muszę znowu pokonać podjazd. Na szczęście nie jest tak stromy, jak po drugiej stronie rzeki. Jest po prostu rozłożony na więcej metrów.

Docieram na parking dla turystów. Tu na szczęście znajduję miejsce na przypięcie roweru i udaję się do punktu kasowego, w którym kupuję bilet wstępu. Cena za osobę dorosłą wynosi 5 CHF, co w mojej ocenie, jak na warunki szwajcarskie i wyjątkowe miejsce, jakim bez wątpienia są Wodospady Renu, nie jest wygórowaną ceną. Bilet obejmuje wstęp na platformy widokowe, wystawę Historama oraz ewentualne skorzystanie z windy.

wodospady renu (rheinfall) podziwiane z południowego brzegu renu w Szwajcarii
Wodospady Renu

Muszę odczekać swoje w kolejce. W końcu… jest weekend i tłumy turystów. To jedyny minus (oprócz pogody), który jestem w stanie dostrzec na tę chwilę. Na szczęście wszystko idzie zaskakująco szybko i po kilku minutach kieruję się w stronę bramy prowadzącej do widocznego już zamku Laufen. Obecnie mieści się w nim restauracja i wspomniane centrum wystawowe – Historama. Nie decyduję się jednak wejść do środka i podążam w stronę bramki wejściowej, za którą schodami w dół będę zmierzał już prosto do głównej atrakcji.

Wodospady Renu (Rheinfall) to największy pod względem przepływu wody wodospad w Europie. Jego szerokość wynosi 150 m, a wysokość 23 m. Huk spadającej z takiego pułapu wody jest przeze mnie doskonale słyszalny i pogłębia się z każdym schodem prowadzącym w dół. Zatrzymuję się na każdym zakręcie, aby sfotografować widoki na ten cud natury z każdej możliwej perspektywy. Wilgotność powietrza i mgiełka, jaka dociera tu z kipieli wodospadu, sprawiają, że nie jestem pewien, czy krople, jakie czuję na twarzy, to jego sprawka, czy działa on w komitywie z deszczem… .

Na ciasnych schodach i wąskich platformach widokowych niestety dają mi się we znaki tłumy. Przeciskanie się i oczekiwanie w kolejce na najlepsze miejsce do podziwiania wodospadu i zrobienia ciekawych zdjęć i filmów, wymaga cierpliwości. Na szczęście nie trwa to na tyle długo, jak mogłoby się wydawać, patrząc na ilość ludzi na zdjęciu poniżej… .

Platforma widokowa przy wodospadach renu (rheinfall) w Szwajcarii
Platforma widokowa przy Wodospadach Renu

Z każdym kolejnym poziomem w dół czuję się bardziej podekscytowany. Masa wody przerzucanej przez Wodospady Renu zdaje się mieć niewiarygodną siłę. Wyobraźnia pracuje i… nie chciałbym teraz znaleźć się w środku tego „kotła” 🙂 . Śmiesznie wyglądają łódki podpływające pod tę wodną kipiel. Niewątpliwie musi to być interesujące przeżycie – podziwiać wodospad z tej perspektywy. Podobnie ciekawy widok, choć z dalszej odległości, mają mieszkańcy bloków po drugiej stronie rzeki. Ciekawe, ile kosztują lokale na sprzedaż/wynajem w takiej „topowej” lokalizacji. No ale… co ja Wam będę opowiadał… zobaczcie sami jak to wygląda „od środka” i chociaż w niewielkim procencie przeżyjcie to, co się tam wyprawia.

Po zaspokojeniu swoich potrzeb estetyczno-fotograficznych, rozpoczynam drogę powrotną schodami w górę. Teraz nie mam już żadnych wątpliwości. Krople spadają na mnie wyraźnie z góry. To niestety deszcz. Cóż… dobrze, że teraz, a nie kilkanaście minut temu, gdy rozpocząłem delektowanie się tymi wspaniałymi widokami wokół mnie. Trzeba wszędzie szukać pozytywów, o ile się da 😉 .

Powracam do roweru, który na szczęście był pod dachem i… czekam aż przestanie padać, choć patrząc na niebo, nie jestem przekonany, że to dobra decyzja. Turystki, które pojawiają się po chwili, chyba zwątpiły w poprawę pogody, gdyż od razu ruszają w dalszą drogę. Nie ukrywam, że działają mi trochę na ambicję. Żeby jednak usprawiedliwić siebie przed samym sobą, wyciągam kabanosy i posilam się, popijając je wodą. W ten sposób tłumaczę sobie, że nie odpoczywam, tylko uzupełniam niezbędne do dalszej jazdy kalorie.

Gdy uznaję, że opady deszczu ustały na tyle, że mogę kontynuować jazdę bez uczucia dyskomfortu, ruszam przed siebie. Kieruję się na południe, by po chwili dotrzeć do miejscowości Dachsen. Trasa prowadzi szeroką, asfaltową szosą, raz pod górę, raz w dół. Odcinków płaskich jest niestety jak na lekarstwo, co przy obecnej pogodzie nie wpływa dobrze na motywację do dalszej jazdy. Na szczęście ruch samochodowy nie jest zbyt uciążliwy i mogę w spokoju „delektować się” jazdą do czasu… powrotu opadów deszczu. Tym razem to już jednak nie przelewki. Pada na tyle intensywnie, że jestem zmuszony zatrzymać się pod lasem i przeczekać opady.

dawny klasztor benedyktynów w rheinau w Szwajcarii
Klasztor Rheinau

Nauczony doświadczeniem spod Wodospadów Renu, nie czekam na to, aż opady całkowicie ustąpią, gdyż mógłbym tak czekać jeszcze parę godzin. Gdy siąpi na tyle słabo, że mogę jechać dalej, wskakuję na rower i rozpoczynam zjazd do miejscowości Rheinau, gdzie na niewielkiej wyspie na środku Renu znajduje się dawny klasztor Benedyktynów. Jego początki sięgają VIII w., a gdy już przestał być siedzibą zakonników, od połowy XIX w. do końca XX w. pełnił funkcję Szpitala Psychiatrycznego. Klasztor posiada piękną, gotycko-barokową architekturę.

Zsiadam z roweru i zostawiam rower na specjalnie w tym celu przygotowanym parkingu. Przechodzę przez most na Renie, a następnie wchodzę do środka. Nie oczekujcie jednak ode mnie żadnych zdjęć z wnętrza obiektu. Fotografowanie interioru jest bowiem zabronione. Stosuję się do zakazu i koncentruję się na zwiedzaniu kościoła klasztornego wzrokiem, bez pośrednictwa obiektywu aparatu w telefonie. Barokowy wystrój wygląda doprawdy imponująco. Ciekawie jest zobaczyć ponownie ten styl, po romańsko-gotyckich klimatach Konstancji, czy renesansowych detalach w Szafuzie. Ta różnorodność szwajcarskiej architektury jest wspaniała.

zabytkowy drewniany most na renie w Rheinau na granicy niemiecko-szwajcarskiej
Zabytkowy most na Renie w Rheinau

Gdy wychodzę z kościoła, pogoda nie ma dla mnie dobrych wieści. Pada. Nie wpływa to dobrze na moją motywację, głównie dlatego, że czeka mnie teraz podjazd, a następnie zjazd do starego, drewnianego Mostu Celnego na Renie, na granicy niemiecko-szwajcarskiej. Co zrobić… .

Pedałuję co sił w nogach, wiedząc, że odpocznę sobie za chwilę pod dachem tego pięknego zabytku architektury. I rzeczywiście – jest co podziwiać! Most jest chyba najładniejszym obiektem tego typu, jaki do tej pory widziałem podczas mojej trasy szlakiem Eurovelo 15. I mam wrażenie, że tak już zostanie. Klimatowi miejsca dodaje to, że od strony szwajcarskiej podróżnych wkraczających na przeprawę wita nie kto inny jak sam święty Jan Nepomucen (we własnej figurze).

Wjeżdżam na most swoim jednośladem i kryję się przed napierającymi również z boku kroplami deszczu. Przez „okienko” po raz kolejny już dzisiaj obserwuję Ren, który pięknie komponuje się z kwiatami przymocowanymi do mostowej konstrukcji. Tak mija mi… ponad pół godziny.

widok przez okno zabytkowego mostu na granicy niemiecko-szwajcarskiej w Rheinau
Widok z mostu na Renie w Rheinau

Deszcz nie ustaje ani na moment, a przez chwilę mam nawet wrażenie, że pada coraz mocniej. Muszę podjąć trudną i bolesną decyzję, że kontynuuję swą podróż mimo wszystko, nie zważając na pogodowe zawirowania. Rozpoczynam ponowny podjazd do miejsca, w którym opuściłem szlak Eurovelo 15. Nie doprowadza on bowiem bezpośrednio do klasztoru w Rheinau i tutejszego mostu na Renie i musiałem od nieco nieco odbić. Gdy po prawej stronie zauważam przystanek autobusowy, a czuję, że moja kurtka nie chce już przyjmować na siebie ciężaru odpierania kolejnych spadających na nią kropel deszczu, postanawiam się zatrzymać.

Jeszcze wtedy nie zdawałem sobie sprawy, że ten przystanek będzie moim schronieniem na najbliższe prawie 2 godziny (sic!). Opady deszczu uczepiły się północnej Szwajcarii na tyle mocno, że nie chcą odpuścić. Mój dzisiejszy plan kilometrowy i dotarcie do miejsca noclegowego oddalonego ode mnie o ok. 40 km, muszę chyba potraktować jako marzenie ściętej głowy. Trzeba myśleć realistycznie i szukać kempingu jak najbliżej Rheinau. Znajduję taki obiekt stosunkowo szybko. Znajduje się nieco ponad 9 km ode mnie. Niby niewiele, ale patrząc na padający niemiłosiernie deszcz, mam wrażenie, że odcinek ten będzie się baaardzo dłużył.

Decyzja zapadła, ale nie oznacza to, że się uspokoiłem. Na pamiątkę swojego „pobytu” na przystanku w Rheinau postanawiam nagrać film, który ma być wspomnieniem moich fizycznych i psychicznych cierpień, jakie doznawałem wówczas w tym zimnie i wilgoci, czekając naiwnie na poprawę pogody. Ze względu na mnogość wulgaryzmów jakie się w nim pojawiają, nie umieszczę go w tym miejscu, lecz zachowam da siebie 🙂 . Po najedzeniu się waflami ryżowymi, przywiezionymi jeszcze z Polski, a także podładowaniu telefonu komórkowego, postanawiam ruszyć dalej. Chyba już przestałem wierzyć, że dzisiaj może przestać padać… .

Zaciskam zęby i… wio! Po kilkuset metrach zjeżdżam z głównej drogi na wąską, asfaltową ścieżkę rowerową, która prowadzi mnie kilka kilometrów przez leśny teren, w dodatku nieco w dół. Czyżby natura w końcu postanowiła mi pomóc? Po pewnym czasie asfalt znika, ale mi to nie przeszkadza. Problemy z deszczem powracają, gdy wyjeżdżam z lasu na główną drogę, odsłoniętą od drzew. Jedynym sprzymierzeńcem, jaki mi pozostał, jest tylko szosa prowadząca w dół. Gdy w oddali zauważam budynek wyglądający na kościół, już wiem, gdzie zrobię sobie kolejną przerwę od kropel deszczu.

Chowam się pod niewielkim daszkiem przed wejściem do budynku, który okazuje się być po prostu… szkołą. Z mojej perspektywy zmienia to jednak niewiele. Najważniejsze, że na mnie nie pada! Po kilku minutach odpoczynku ruszam dalej. Zostało mi już nieco ponad 4 km do kempingu… . Już dawno „tak blisko” nie oznaczało dla mnie „tak daleko”.

Przekraczam rzekę Thur, aby po następnych kilkuset metrach skręcić w prawo, w wąską, asfaltową uliczkę. Przez cały ten czas trasa prowadzi mnie w odsłoniętym, ale płaskim terenie, dzięki czemu jedzie mi się choć „trochę” znośniej. Nie wyobrażacie sobie mojej radości, gdy docieram do bram kempingu. Euforia, jaka mi towarzyszy, jest chyba nawet większa niż wczoraj po przybyciu do Wagenhausen.

Parkuję rower pod recepcją i dzwonię po osobę z obsługi, gdyż nikogo nie ma na miejscu. Obsługuje mnie bardzo sympatyczna pani, która pyta skąd i dokąd jadę. Pokazuje mi prawie każdy zakamarek kempingu i wyjaśnia co, gdzie i jak. Co prawda za miejsce na namiot płacę jak za zboże, bo ok. 27 CHF, ale w takich okolicznościach, w jakich się znalazłem, nie mam na co narzekać. Tym bardziej, że mam tu wszystko, czego mi dzisiaj potrzeba – sanitariaty z prysznicami, kuchnię, a nawet suszarnię, gdzie choć trochę mogę wysuszyć ubrania przed wyruszeniem na jutrzejszą trasę.

Na kempingu jestem jedyną osobą, która śpi w namiocie. Pozostali wygodnie rozsiedli się w swoich przyczepach kempingowych lub kamperach, a po ustaniu opadów deszczu wylegają na powierzchnię. Rozpoznaję nawet auto na tablicach rejestracyjnych… z powiatu krakowskiego. Przy moim obecnym zmęczeniu nie mam jednak ochoty na nawiązywanie nowych kontaktów. Najpierw muszę skupić się na rozbiciu namiotu przy padającym deszczu, a następnie ogarnięciu podstawowych rzeczy. A potem… potem na nicnierobieniu 🙂 .

Nie mam gdzie przypiąć roweru w pobliżu namiotu, ale mi to nie przeszkadza. Jakoś nie obawiam się o kradzież w tym miejscu, choć zawsze trzeba być przezornym, ale i ubezpieczonym. Humor psuje mi jedynie sytuacja, jaka ma miejsce podczas gotowania obiadu. Okazuje się, że zgubiłem miedziany pręcik, który umożliwia odpalenie palnika gazowego bez użycia zapalniczki. Musiało się to stać na kempingu Wagenhausen. Co prawda wziąłem zapałki, ale przy takiej wilgotności powietrza i padającym deszczu mogą być problemy z odpaleniem gazu. Tak też się dzieje i za pierwszym razem moja próba zawodzi. Na szczęście w drugiej idzie jak z płatka i na wieczór mogę cieszyć się gorącym i smacznym posiłkiem, po którym z radością zasypiam.

Na kolejną część relacji z przejazdu Eurovelo 15 zapraszam tutaj.


Skomentuj

© 2026: Paweł Łacheta | Travel Theme by: D5 Creation | Powered by: WordPress