Dzień 6: Wybrzeżem Jeziora Bodeńskiego

Prognozy pogody na dzisiaj nie napawają optymizmem. Ma padać. Niby przelotnie, ale jednak. Deszcz to deszcz. Nie powinienem narzekać, gdyż jest to pierwszy dzień mojej wyprawy, co do którego przewidywania synoptyków nie pozostawiają wątpliwości, ale zawsze przyjemniej jedzie się „na sucho”. Jedynym założeniem na dzisiaj nie jest zatem opuszczenie kempingu jak najszybciej, aby uniknąć opadów, a tylko wyjazd na tyle wczesny, abym nie musiał pakować do sakwy mokrego namiotu.
Po tradycyjnym śniadaniu żegnam się że szwajcarskim sąsiadem zajmującym placyk obok, a następnie ruszam przed siebie. Jest po godzinie ósmej. Jeszcze nie pada, ale stalowe chmury coraz śmielej zakrywają resztki niebieskiego skrawka nieba.
Od momentu dotarcia nad Jezioro Bodeńskie poruszam się w większości bądź lokalnymi drogami, bądź asfaltowymi ścieżkami rowerowymi. Biegną one na sporym odcinku wzdłuż linii kolejowej, równolegle do brzegu akwenu. Szczególnie blisko jeziora szlak prowadzi od miejscowości Rorschach. W piękne, słoneczne dni, musi być to szczególnie przyjemna przejażdżka, natomiast dzisiaj kolor wody prawie zlewa się z barwą chmur, a wiejący od jej strony wiatr nieco uprzykrza jazdę. Póki jednak nie pada, nie jest najgorzej, przynajmniej do miasteczka Steinach. To właśnie w nim na mojej twarzy czuję pierwsze krople spadającego deszczu.

Podążając wzdłuż niewielkiej zatoczki Jeziora Bodeńskiego, przed miastem Arbon, ulewa zaczyna się na dobre. Z jednej strony nie jest to przyjemne, a z drugiej – szerokie korony drzew ochraniają mnie przed spadającymi z nieba wielkimi kroplami. Jest ok. Przechodnie, którzy wybrali się na poranny spacer, albo uciekają gdzie pieprz rośnie, albo wybierają „moją opcję” na przeczekanie ulewy.
Jako krakowski centuś nie zaprzątałem sobie przed wyjazdem głowy zakupem szwajcarskiej karty SIM z transmisją danych w telefonie, bądź wykupieniem specjalnego pakietu u operatora. W związku z tym nie mam możliwości sprawdzenia, jak długo jeszcze potrwają opady, gdyż zasięgu WiFi w tym miejscu brak.
Patrząc na stalowe niebo, stwierdzam, że nie jest ono jednolicie zabarwione. To oznacza, że jest szansa na to, że opad jest tylko przelotny. Po kilku minutach brakuje mi jednak cierpliwości. Stwierdzam, że skoro już tak niewiele zostało mi do centrum Arbon, dotrę do niego i zwiedzę zabytkowy kościół św. Marcina, który się w nim znajduje. Zaciskam więc zęby i ruszam przed siebie.
Docieram pod kościół św. Marcina, w którym co tydzień w niedzielę jest odprawiana msza święta w języku polskim. Chronię się przed deszczem i korzystając z wymuszonego, kilkudziesięciominutowego postoju, udaję się do środka świątyni, aby ją zwiedzić. Jest tylko jeden problem – zwiedzać za bardzo nie ma czego. Kościół z zewnątrz sprawia wrażenie bardziej zabytkowego, niż jest w rzeczywistości. Jego prostemu, niewyszukanemu wnętrzu zdecydowanie bliżej do współczesności.
Deszczowa chmura powoli opuszcza Arbon. To dla mnie znak, że czas ruszać dalej. Podjeżdżam jeszcze pod usadowiony na niewielkim wzgórzu zamek i składam wizytę w starej części miasteczka. Klucząc wśród uroczych, klimatycznych uliczek, spotykam pana w średnim wieku, od którego słyszę jedynie (i aż): „Gute Reise!”, czyli nic innego jak: „Szczęśliwej Podróży!” Motywacja do dalszej jazdy od razu wzrasta 🙂 .
Po opuszczeniu Arbon moja trasa wiedzie wzdłuż linii kolejowej, w niewielkim oddaleniu od ledwo widocznego Jeziora Bodeńskiego. Opuszczam ją dopiero tuż przed miejscowością Romanshorn, do której się kieruję. Wygląda na to, że krótka „chwila” bez deszczu właśnie dobiegła końca, gdyż zaraz po dotarciu pod neoromański kościół pw. św. Jana zaczyna kropić. Wchodzę więc do środka, aby nacieszyć się suchością.
Świątynia sprawia bardzo pozytywne wrażenie. Mimo że wiekowo reprezentuje prawie współczesność, czuć w niej namiastkę klimatu średniowiecza, a chyba właśnie o to chodziło jej projektantom. Przez swoje gapiostwo i elementy romańskiej, a właściwie neoromańskiej architektury, jakimi się wyróżnia, początkowo biorę ją za zabytkowy kościół z X w., który znajduje się tuż obok. Możecie mnie zlinczować, ale orientuję się w sytuacji dopiero po fakcie, gdy jestem już z dala od Romanshorn. Nie odwiedzam zatem tej starszej, prawdziwie zabytkowej świątyni. Czy na swoje usprawiedliwienie mogę wspomnieć, że w Polsce jest tak niewiele romańskich kościółków, iż nie podejrzewałem istnienia (nawet w Szwajcarii) dwóch podobnych w tak niewielkiej odległości od siebie? Cóż… i tak jest już „po ptokach”. Jakoś to przeżyję. Tym bardziej, że to nie jedyny, ba! – nie najciekawszy romański obiekt na mojej całej trasie wzdłuż Renu!

Po wizycie w kościele zjeżdżam nad Jezioro Bodeńskie. Niestety pada coraz mocniej i nie pozostaje mi nic innego, jak skorzystać z „gościnności jednego z pobliskich drzew i pod nim schronić się przed ulewą. Wygląda na to, że tak właśnie będzie wyglądał dzisiejszy dzień – chwile bez deszczu przeplatające się z opadami. Jedyne, czego żałuję, to wydłużony czas przejazdu, który szczerze mówiąc, wolałbym wykorzystać na odpoczynek na docelowym kempingu. Dobrze przynajmniej, że dzisiejszy dystans nie poraża długością i nie muszę pedałować przez 100 km, jak to było w ostatnich dniach.

Po ustaniu opadów kieruję się na północny zachód, w stronę niemieckiej Konstancji. Trasa nie odbiega klimatem od odcinka, który przemierzałem w pierwszej części dnia. W dalszym ciągu przebiega mniej więcej wzdłuż linii kolejowej, po prawie płaskim terenie. Jedzie się przyjemnie, choć mam świadomość, że w każdej chwili ten (nazwijmy to) komfort może zostać przerwany kolejną porcją deszczu.
Pojedyncze krople deszczu spadają na moją głowę jeszcze przed granicą niemiecko-szwajcarską. Nie są one jednak na tyle duże i intensywne, aby spowodować dłuższy postój na trasie. Prę więc dzielnie do przodu i około godziny 13 wkraczam do kraju Beethovena.
Konstancja to miasto liczące około 80 tys. mieszkańców, położone nad zachodnim brzegiem Jeziora Bodeńskiego. Znane jest przede wszystkim z soboru, który odbył się tutaj w XV w. To właśnie podczas niego wybrano na papieża Marcina V. Jako ciekawostkę można przywołać fakt, iż stało się to na skutek jedynego konklawe w historii, które odbyło się na północ od Alp. Podczas wspomnianego soboru spalono także na stosie czeskiego reformatora Jana Husa.
Tło historyczne Konstancji zachęca do tego, aby zatrzymać się w niej na dłuższą chwilę. Tym bardziej, że w rezultacie położenia na granicy ze Szwajcarią, miasto praktycznie nie ucierpiało podczas działań wojennych z okresu II wojny światowej. Nie dotknęły go niszczycielskie alianckie bombardowania. Ruszam do centrum, aby poznać jego zakamarki i największe zabytki.
Stare Miasto Konstancji znajduje się na lewym – południowym brzegu Renu, a nowa, współczesna zabudowa – na północnym. Ja oczywiście skupiam się na Starym Mieście. Wkraczam do niego przez znajdującą się w południowej części miasta bramę Schnetztor, a następnie ulicą Hussenstrasse (tak, tak, nazwa wzięła się od wspomnianego wcześniej Jana Husa) zmierzam w stronę Górnego Rynku, czyli Obermarkt.
Po kilkudziesięciu przejechanych metrach zagaduje mnie po niemiecku pewien pan. Co prawda języka Mozarta uczyłem się kilkanaście lat temu w gimnazjum, ale zapamiętałem z niego tyle, żeby zrozumieć, że za jazdę rowerem po tej uliczce grozi mandat w wysokości kilkudziesięciu euro. Niby stosunkowo niewiele, jak na realia zachodniej Europy, ale na tyle dużo, że postanawiam jednak zsiąść z jednośladu i prowadzić rower. Ruch pieszysz gęstnieje, a przed bramą miejską była informacja, że w określonych godzinach w ciągu dnia obowiązuje zakaz jazdy bicyklem. Nie polemizuję zatem z panem i, już spacerując, podziwiam coraz piękniejsze miejskie kamieniczki.
Klucząc wśród ciasnych uliczek, docieram do Konzilstrasse. Przede mną odsłania się majestatyczna siedziba Sparkasse, czyli Kasy Oszczędnościowej. Opodal znajduje się niepozorny budynek Konzilgebäude. To właśnie w nim odbyło się wspomniane wcześniej konklawe, podczas którego wybrano papieża Marcina V. Dziś budowla pełni funkcje m.in. restauracyjne i eventowe.
Tuż po minięciu Konzilgebäude skręcam w prawo, w stronę widocznego stąd Jeziora Bodeńskiego. Nad akwenem doświadczam prawdziwego „powiewu” (dosłownie i w przenośni) przenikliwego zimna, jakie dzisiaj zesłała mi pogoda. Wiatr wieje niemiłosiernie, a fale przypominają te, które zazwyczaj widywałem na wybrzeżu Bałtyku. Ale… co ja będę opowiadał – zobaczcie sami 🙂 .
Jedna z fal przybija do brzegu tak mocno, że ledwo co udaje mi się przed nią odskoczyć. Inni nie mają tyle szczęścia i woda moczy ich buty i ubrania. Mimo niesprzyjającej pogody w niewielkiej odległości jestem w stanie dostrzec ciekawą statuę, będącą obok katedry i budynku konklawe symbolem miasta. To pomnik Imperii – kobiety (wg niektórych jednocześnie kurtyzany), która w lewej dłoni trzyma miniaturowy wizerunek papieża Marcina V (wybranego podczas soboru w Konstancji), a w prawej Zygmunta Luksemburskiego, który doprowadził do zwołania tegoż soboru. Ciekawostką jest fakt, iż statua kręci się wokół własnej osi z częstotliwością jednego obrotu na minutę. Więcej ciekawostek o pomniku, jak również informacji o samej Konstancji, znajdziecie w tym wpisie (polecam!).
Po krótkim odpoczynku nad jeziorem powracam do Konzilstraβe, a następnie kieruję się do widocznego w oddali kościoła pw. świętego Szczepana. To właśnie ta świątynia wzmiankowana była w mieście jako pierwsza (już w VII w.). Nie wchodzę do środka – podziwiam ją jedynie z zewnątrz. Podobnie zresztą jak piękne pobliskie kamienice z młodszymi i kunsztownymi malowidłami, które je upiększają. Muszę w ogóle przyznać, że Konstancja robi na mnie spore wrażenie. Może nie warto wybrać się tutaj specjalnie z Polski, ale jeśli już jesteście nad Jeziorem Bodeńskim albo gdzieś w pobliżu, to z pewnością warto tu zajrzeć, bo jest co oglądać!

Pogoda zdaje się poprawiać, gdyż nad wieżą kościoła podziwiam spore połacie błękitnego nieba. Mam tylko nadzieję, że za parę chwil nie będę musiał znowu kryć się przed deszczem… . Spod kościoła św. Szczepana już tylko parę kroków dzieli mnie od placu, nad którym góruje konstancka katedra pw. Najświętszej Maryi Panny. Nie mogę przegapić możliwości zwiedzenie jej wnętrza. Przypinam zatem rower w bezpiecznym miejscu, zostawiam sakwy i… wchodzę do środka, podziwiając wcześniej pięknie rzeźbione drzwi, widoczne na zdjęciu poniżej.

Początki katedry sięgają VIII w. To tutaj zbierał się sobór konstancki i to tutaj Jana Husa skazano na śmierć. W świątyni znajdziemy mieszane style architektoniczne: romański, gotycki, barokowy, klasycystyczny. W jej wnętrzach szczególne wrażenie wywierają na mnie przepiękne gotyckie sklepienia gwiaździste, tak rzadkie w polskich świątyniach, jak również kunsztownie wykonane barokowe i gotyckie zdobienia. Sama nawa główna, z uwagi na swój ogrom (choć jednocześnie prosty wystrój), również urzeka rozmachem.

Po ogarnięciu wzrokiem ogólnego zarysu katedry, przystępuję do zwiedzania jej poszczególnych zakamarków. Swoje kroki kieruję najpierw do miejsca, gdzie spoczywają szczątki biskupa – świętego Konrada z Konstancji, jednego z patronów miasta, którego życie przypadało na X w.

Prawdziwe perełki czekają jednak na mnie w katedralnej, romańskiej krypcie. Schodzę do niej po schodach i moim oczom ukazują się piękne, klimatyczne wnętrza. Jest to najstarsza część świątyni. Ubolewam nad tym, że w Polsce nie mamy za dużo obiektów, które zachowały by się w tym jakże pięknym stylu architektury. Na szczęście tutaj, w Konstancji, mogę nacieszyć nim oko do woli.
Moją uwagę zwraca przede wszystkim interesujący, kamienny relikwiarz, należący do świętego Pelagiusza. Przynajmniej taka informacja widnieje pod spodem na ścianie. Nie będę jednak ukrywał, że są co do tego poważne wątpliwości. Święty Pelagiusz, oprócz wspomnianego wcześniej świętego biskupa Konrada z Konstancji, jest patronem miasta. Nieopodal relikwiarza znajduje się m.in. pozłacany miedziany dysk z zarysem jego postaci.

Po opuszczeniu krypty udaję się w kierunku klasztornych, gotyckich krużganków. Przez chwilę czuję się prawie jak w klasztorze Dominikanów w Krakowie 🙂 .
Zanim opuszczę katedrę, czeka mnie jeszcze wizyta w Kaplicy Grobu Świętego (tzw. Mauritiusrotunde). Naśladuje ona „właściwą”, tj. oryginalną kaplicę o tej samej nazwie, która znajduje się w Jerozolimie. Na ile jest do niej podobna – nie mnie oceniać – po prostu nie byłem w tej izraelskiej.
Po pełnym wrażeń estetycznych zwiedzaniu opuszczam katedrę. Mógłbym co prawda dodatkowo wejść na wieżę budowli (wstęp kosztuje 4 EUR), ale widoczność nie jest dzisiaj na tyle zadowalająca, abym uważam tę atrakcję za „must see”. Przy dobrej pogodzie możecie jednak o tym pomyśleć, bo widoki Alp, konstanckiej starówki i Jeziora Bodeńskiego zaiste muszą być stamtąd piękne!
Jeśli jesteście zainteresowani bardziej szczegółowym opisem świątyni, to zachęcam do odwiedzin dobrze opisanej podstrony na Wikipedii (tak, wiem jak to brzmi, ale odnośnik do niej znajduje się na samej stronie katedry, więc musi to świadczyć o jej rzetelności). Stąd też brałem bardziej szczegółowe informacje dotyczące obiektu. Niestety opis jest tylko w języku niemieckim.
Po opuszczeniu katedry zauważam, że na niebie pojawia się coraz więcej stalowych chmur, choć jeszcze nie pada. Powracam do roweru, który na szczęście nie zainteresował żadnego złodzieja, a następnie ruszam Katzgasse (Kocią Aleją) na zachód. Stopniowo oddalam się od konstanckiej starówki, aż w końcu docieram do granicy niemiecko-szwajcarskiej, którą przekraczam w tym samym miejscu, co ponad godzinę temu.

Już po opuszczeniu Konstancji znowu zaczyna padać. W okolicy miejscowości Triboltingen zauważam przydrożny bunkier. Jest on częścią szwajcarskiego założenia obronnego o nazwie Festungsgürtel Kreuzlingen, który powstał pod koniec lat 30 XX w., aby ochraniać szwajcarsko-niemieckie pogranicze w obliczu zagrożenia agresją niemiecką. Robię pamiątkowe zdjęcie i ruszam dalej.
Wydzieloną ścieżką rowerową, która biegnie wzdłuż głównej drogi, wjeżdżam do Ermatingen. Przez chwilę szlak prowadzi mnie blisko Jeziora Bodeńskiego, równolegle do torów kolejowych, jednak zmienna pogoda powoduje, że nie mam co liczyć na wybitnie piękne pejzaże. Podczas słonecznych dni musi tu być naprawdę uroczo.
W miejscowości Mannenbach – kolejnej, którą mijam na trasie – znajduje się przeprawa promowa na wyspę Reichenau, wpisaną na listę dziedzictwa UNESCO. Funkcjonuje ona zazwyczaj od końca maja do początku października (jeśli pogoda dopisuje). Bilet w jedną stronę to koszt 6 CHF. Jeśli jednak jesteście w pobliżu samochodem bądź rowerem, możecie dostać się na wyspę przez groblę od strony Konstancji. Wówczas za wjazd nie zapłacicie nic 🙂 .
Jako że nie planowałem wcześniej odwiedzin Reichenau, jadę dalej. Docieram do Berlingen, gdzie robię sobie krótką przerwę. Opady deszczu nie były na szczęście na tyle intensywne, abym zdążył przemoknąć, dzięki czemu mogę w miarę komfortowo kontynuować swoją podróż do miejscowości Steckborn. Odcinek między tymi dwoma miasteczkami w końcu pozwala mi nacieszyć się jazdą z widokiem na Jezioro Bodeńskie. Trasa prowadzi nad samym brzegiem jeziora, wygodną asfaltową ścieżką, odseparowaną od ruchu samochodowego. Mimo kiepskiej pogody delektuję się widokami, które choć trochę pozwalają mi zapomnieć o dzisiejszej szarówce.
Steckborn to ładne, klimatyczne miasteczko. To dobre miejsce, aby zrobić kilka zdjęć, z czego oczywiście korzystam. Za miejscowością Mammern trasa przez chwilę prowadzi wśród winnicy, aby ponownie oddalić się od jeziora.
W Eschenz opuszczam na chwilę szlak EV15, aby udać się przez wąską kładkę na Renie na wyspę Ward. Znajduje się na niej kaplica wzniesiona na pierwotnym miejscu pochówku świętego Otmara (opata klasztoru w Sankt Gallen). Spędzam tu dobrych kilkanaście minut. Bynajmniej nie dlatego, że jest tu tak interesująco (choć samo miejsce jest ładnie położone). Po prostu… deszcz staje się coraz bardziej intensywny i znacząco utrudnia jazdę. O komforcie mogę już zapomnieć. Kontepluję zatem w kaplicy w towarzystwie kota, który w taką pogodę postanowił zrobić to, co każdy powinien uskutecznić – słodko spać 🙂 .

Widząc, że opady deszczu nie dają za wygraną, a jednocześnie mając na uwadze, że do dzisiejszego miejsca noclegowego pozostało mi zaledwie kilka kilometrów, ruszam dalej w drogę. Moknę niemiłosiernie, przeklinając deszcz na wszystkie możliwe sposoby. Kolejną próbę przeczekania na poprawę pogody podejmuję na dworcu kolejowym w Stein am Rhein. Po kilku minutach jednak i tutaj się poddaję i kontynuuję katorżniczą jazdę w coraz bardziej intensywnym deszczu.
Przemoczony do suchej nitki (dosłownie) docieram na mój dzisiejszy kemping – Wagenhausen. Miłe panie z recepcji witają mnie serdecznie i widząc, w jakim stanie suchości (albo raczej mokrości) jestem, proponują mi domek zamiast pola namiotowego. Mimo szczerych chęci, nie mam ochoty wydawać milionów monet na nocleg pod szwajcarskim dachem i decyduję się pozostać przy rozkładaniu mojego małego domku na trawie. Robię to w deszczu, który na szczęście nie jest tak intensywny jak jeszcze kilkanaście minut temu. Mam do dyspozycji gniazdko do ładowania baterii. Nie chcąc zamoczyć powerbenka i telefonu, owijam go w foliową siatkę i przygotowuję się do jakże przyjemnej czynności, jaką w obecnej sytuacji jest wzięcie prysznica.
Przyznam szczerze – nie mógłbym sobie wymarzyć bardziej komfortowych sanitariatów niż te, które trafiły mi się dzisiaj. Jeśli więc zapytacie mnie, czy polecam ten kemping, odpowiem bez wahania – tak! Gorący prysznic jest tym, co znów sprawia, że czuję się zrelaksowany. Chwila nie trwa wiecznie, a mija dość szybko po wyjściu z kabiny, gdy okazuje się, że z namiotu nie wziąłem… ręcznika. Co robić? Z dwojga złego wybieram to „mniejsze”, czyli wycieram się brudnym, spoconym podkoszulkiem, nie mając ochoty na półnagi bieg do namiotu.
Po krótkim odpoczynku i ogarnięciu podstawowych rzeczy udaję się na wizytę do pobliskiej restauracji, będącej częścią kompleksu kempingowego. Nie udaję się tam jedynie na posiłek i piwo. Otóż dzisiaj swój mecz na Mistrzostwach Europy w Piłce Nożnej gra Polska. Naszym przeciwnikiem jest Austria. Pytam zatem obsługi restauracji, czy byłaby możliwość włączenia dokładnie tego kanału, na którym będzie transmitowany mecz. Nie widzą żadnego problemu, więc wygodnie się rozsiadam, zamawiam piwo i… czekam na pierwszy gwizdek!

Już po niecałych dziesięciu minutach tracimy bramkę. Na szczęście po kolejnych dwudziestu jest remis. Czuję, że nie będzie to łatwy do oglądania seans. W trakcie przerwy postanawiam zaszaleć i poczuć się przez chwilę jak bogacz, zamawiając danie w szwajcarskiej restauracji. Wybieram oczywiście jedną z tańszych pozycji, jaką jest lokalna odmiana dania przypominającego pizzę, o nazwie Flammkuchen. Muszę przyznać, że smakuje całkiem nieźle. Na drugą połowę zamawiam dodatkowo drugie piwo i szykuję się na emocje, jakie czekają na mnie w drugiej połowie meczu.
Cóż… dobrze już znacie wynik meczu, więc nie będę odkrywczy jeśli powiem, że nie takich emocji się spodziewałem… . Po dwóch golach Austriaków przegrywamy cały mecz 1:3, a co za tym idzie tracimy jakiekolwiek szanse na wyjście z grupy na tych mistrzostwach. I pomyśleć, że zapłaciłem ponad 30 franków szwajcarskich za to, aby móc obejrzeć porażkę naszych „kopaczy”… . Ehh, nic tylko powiedzieć: „człowiek wiedział, a jednak się łudził…”. Na odchodne jeden z kelnerów żartuje, że chyba nie za dobrze im poszło. Doceniam poczucie humoru i uśmiecham się nieśmiałe, opuszczając lokal. Tak czy siak – było warto. Danie było smaczne i pożywne, a pszeniczne piwo Falken – wyborne!

Po powrocie do namiotu i zabraniu niezbędnych rzeczy postanawiam… wyruszyć na zwiedzanie pobliskiego Stein am Rhein. Możecie zastanawiać się, skąd jeszcze mam na to siłę (po całodziennym pedałowaniu i dwóch piwach), ale zaręczam Wam, że być w pobliżu i nie zobaczyć tego miasteczka, byłoby ciężkim grzechem.

Od centrum Stein am Rhein dzielą mnie niecałe 2 km marszu. Pogoda nie rozpieszcza, ale przynajmniej już nie pada. Mogę więc w spokoju, bez użycia parasola, podążać w stronę miejskiej starówki. Przed przekroczeniem mostu na Renie zatrzymuję się na chwilę nad brzegiem rzeki, aby sfotografować ją z oddali. Następnie udaję się na drugą stronę Renu i rozpoczynam właściwy spacer po centrum.

Szwajcarskie miasteczka od samego początku urzekły mnie swoim klimatem i architekturą. Stein am Rein wybija się jednak wśród nich zdecydowanie. Budynki pełne malowideł na ścianach (niektóre z XV/XVIw.), wąskie uliczki, domy z muru pruskiego – to wszystko sprawia, że nie chce się stąd wyjeżdżać.
Na pierwszy cel wizyty obieram pobliskie opactwo św. Jerzego, założone w tym miejscu przez Benedyktynów w XI w. W sezonie letnim można je zwiedzać, w zimie mają przerwę. Jako że uwielbiam takie stare, średniowieczne, klasztorne klimaty, czuję się tu wspaniale. Przy opactwie schodzę nad rzekę. Jej poziom jest wyższy niż normalnie, ale zagrożenia powodzią brak – wszak przed Stein am Rhein znajduje się Jezioro Bodeńskie, z którego wody Renu wypływają dalej w kierunku zachodnim.
Powracam do głównej drogi przebiegającej przez miasteczko i kieruję się na jego główny plac z ratuszem. Niesprzyjająca pogoda ma swoje dobre strony. Otóż, mimo ogromnej popularności, jaką cieszy się Stein am Rhein, szczególnie w sezonie letnim, nie spotykam na ulicach zbyt wielu ludzi. Jest prawie pusto, dzięki czemu mam miasteczko prawie tylko dla siebie, z czego, nie ukrywam, jestem bardzo zadowolony :).

Stojąc na placu przed ratuszem, zastanawiam się, w którą stronę patrzeć i którym budynkom robić zdjęcia. Od nadmiaru piękna, zgromadzonego na tak małej przestrzeni, można zwariować. Jako że słowa nie zastąpią nigdy odbioru wzrokowego, pozwolicie, że zamiast rozpisywać się o urodzie tego miejsca, pokażę je na fotografii poniżej. Na żywo robi to jeszcze większe wrażenie!

Wędrówkę kontynuuję w stronę Dolnej Bramy. Po drodze mijam kocią fontannę oraz… sklep z akcesoriami marki Victorinox (tak, to ci od scyzoryków). W jego witrynie, nawet po godzinach otwarcia, można zobaczyć jak scyzoryk otwiera się i zamyka. Muszę przyznać, że ciekawie i interesująco wygląda ta prezentacja.

Od Dolnej Bramy odbijam w kierunku południowym, a następnie lekko na wschód, aby kluczyć wśród mniej reprezentacyjnych uliczek miasta. Absolutnie nie znaczy to jednak, że nie są one urocze. Po prostu… po obejrzeniu Placu Ratuszowego… nie robią już na mnie AŻ takiego wrażenia.
Po chwili docieram nad Ren, na miejską promenadę, pełnej zazwyczaj spacerowiczów. Dziś jest pusta. Obserwuję stąd nurt rzeki. Jest dość wartki, jak przystało na górską rzekę.

Stare Miasto w Stein am Rhein nie jest duże. Można je obejść w spokojnym tempie w pół godziny, chyba że macie ochotę wybrać się w jeszcze jedno miejsce, które akurat ja postanowiłem odpuścić. Mam na myśli zamek Hohenklingen, do którego sprzed ratusza czeka Was okołokilometrowy spacer (25 minut na piechotę). Co prawda obecnie na zamku znajduje się restauracja, w której można skosztować smacznych (i drogich rzecz jasna) dań, ale wejście na jego teren wciąż jest bezpłatne, więc możecie z tego skorzystać.
Tymczasem mój spacer powoli zbliża się ku końcowi. Docieram do mostu, gdzie niedawno symbolicznie wkroczyłem na starówkę miasteczka i powracam na lewy brzeg Renu. Lekko kropi, ale są to raczej pojedyncze krople niż opady o tej skali, co podczas mojej dzisiejszej rowerowej jazdy. W drodze powrotnej na kemping zwracam uwagę na szwajcarską dokładność na znakach drogowych. Informacja o odległości ronda od ustawienia znaku drogowego podawana jest z dokładnością do 1 metra 🙂 .
Zaczyna się ściemniać, gdy docieram na kemping Wagenhausen. Ogarniam sprawy związane z powerbankiem i doładowaniem telefonu, a następnie szykuję się do snu. Na koniec, już po ciemku, dostrzegam w oddali światła zamku Hohenklingen górujące nad Stein am Rhein.
To był dzień mieszanych odczuć. Od zrezygnowania w momentach jazdy w strugach deszczu, poprzez irytację i złość podczas meczu Polski z Austrią, a skończywszy na upajaniu się pięknem Stein am Rhein. Zakochałem się w Szwajcarii 🙂 .
Na kolejną część relacji z przejazdu Eurovelo 15 zapraszam tutaj.